piątek, 18 września 2015

Rozdział 2

"Cień ostrza"

Zerwałam się z krzykiem z łóżka. Ciężko dyszałam jak po przebiegnięciu maratonu. Serce waliło mi niczym młot.
- To był tylko poryty sen - opadłam z westchnieniem na poduszki. Zamknęłam oczy i już zaczynałam się uspokajać, gdy...
- Co było tylko porytym snem? - usłyszałam głęboki, męski głos. Zamarłam. Miałam wrażenie, że lodowate palce zaciskają mi się na sercu. Otworzyłam szeroko oczy i gwałtownie obróciłam się w stronę źródła dźwięku. W drzwiach małego, stosunkowo ciemnego pokoiku, bo apartamentem go nie nazwę, stała trójka ludzi: niski, czarnowłosy mężczyzna o niezbyt radosnym wyrazie twarzy i zimnych, kobaltowych oczach, średniego wzrostu okularnica z brązowymi włosami, która wyglądała jakby zobaczyła co najmniej jakieś ciacho bez koszulki oraz chłopak o czekoladowych włosach i parze dużych, pięknych, zielonych oczu, przypatrujących mi się z zainteresowaniem. Instynktownie odskoczyłam w stronę ściany. Przylgnęłam do niej i skuliłam się w sobie. Z każdą chwilą moje oczy robiły się coraz większe i bardziej przerażone.
- C-co? - pisnęłam cicho. Mój zaspany umysł jeszcze nie do końca przetwarzał wszystko co się działo, a mimo to miałam wrażenie, że skądś znam tych ludzi. "Dziwne" - pomyślałam. - "Gdzie ja ich widziałam?"
- Zadałem ci pytanie - niski mężczyzna robił się coraz bardziej zirytowany.
- Oj Levi, nie bądź taki wredny - okularnica zaśmiała się w taki sposób, że przeszły mnie dreszcze. - Dopiero się obudziła, odpuść jej trochę - czarnowłosy odburknął coś w stylu: "Głupie babsko" i wyszedł. Za to "babsko" wręcz przeciwnie, zaczęło podchodzić coraz bliżej.
- Jestem Hanji, a ty? - jej twarz znów przeciął uśmiech. Dziwnie znajomy uśmiech. - Eren, chodź tu - zawołała chłopaka, dalej stojącego w drzwiach z dość niepewną miną. Podszedł i nieśmiało zaczął:
- Cześć, jestem Eren. Jeśli cię wtedy przestraszyłem to przepraszam! Ale nie do końca wiem skąd się wzięłaś na mojej głowie... - podrapał się nerwowo po karku.
- Na twojej głowie?... - powiedziałam zdziwiona. - Eren - mój głos przeszedł w szept. W tym momencie przypomniałam sobie skąd ich wszystkich znam. Miałam ochotę sobie mocno przywalić za to, że wcześniej się nie zorientowałam kto to jest. Ich nie można tak po prostu zapomnieć! Pacnęłam się w czoło ręką. Czy to nie dziwne, że jestem jednocześnie szczęśliwa i chce mi się płakać?
- No tak. Na głowie Erena w formie tytana... Dzięki za uratowanie tyłka, czy coś w tym stylu - spojrzałam na ich miny. Bezcenne.
- Co robiłaś za murami? - zaciekawiony chłopak usiadł na łóżku. - To trochę dziwne, że taka dziewczyna jak ty znalazła się sama w miejscu pełnym tych potworów. No i dalej nie znam twojego imienia.
- Jestem Aki - uśmiechnęłam się. - Co do twojego pytania, to tak szczerze... - spoczęły na mnie dwa spojrzenia pełne nadziei. - ...nie mam pojęcia - dokończyłam. - Jak zwykle położyłam się spać i nagle BUM!!! spadam na twoją głowę - a tak poza tym, to wiem kim jesteś, naczytałam się tylu opowiadań z tobą i Levisiem, że zaczynam się bać o stan mojej psychiki, uzależniłam się od twojej historii... Wiesz, tak jak każdy normalny fan SnK. Hmm... Jak to teraz przemyślałam, to cieszę się, że nie wystrzeliłam z czymś takim. Wolę nie wiedzieć jak zareagowałby, gdyby się dowiedział, że jakaś obca dziewczyna wie o nim (i całym tym miejscu) dużo więcej niż sobie wyobraża... No a poza tym nasza kochana Zoe mogłaby przerobić mnie na przysłowiowy pasztet (ech te eksperymenty...) Zawsze chciałam skończyć jako mielonka.
Spojrzałam niepewnie na Hanji. Właśnie miałam się jej spytać co jej jest, bo zdrowo nie wyglądała, ale zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, ona zerwała się i krzycząc coś o niesamowitym zdarzeniu, badaniach i notatkach wybiegła z pokoju, przy okazji doprowadzając mnie do stanu, powszechnie zwanego zawałem.
- Emm... - spojrzałam na siebie i dopiero teraz uświadomiłam sobie, że nie mam na sobie swoich rzeczy, tylko jakiś biały podkoszulek i czarne bokserki. "To przecież nie jest nawet moja pidżama!" Lekko się zarumieniłam, no bo przecież Eren i Levi widzieli mnie w takim stanie! A ten pierwszy chyba się na mnie gapi. Nie żeby to mi przeszkadzało, utrudniało koncentrację, czy coś. Skądże, w żadnym wypadku. - Wiesz może gdzie są moje ubrania? I kto mnie przebierał? - zaczerwieniłam się mocniej. Zerknęłam niepewnie w jego stronę. Dalej się gapi. I do tego rumieni. WTF?! O co ci chodzi?! Mam coś na twarzy?! Jestem brudna?!
- Chy-chyba Hanji. A twoje rzeczy powinny gdzieś tu być. Poszukam ich - odwrócił wzrok, wstał i zaczął przeszukiwać pokój. "Urocze..." - uśmiechnęłam się w duchu.
- A może po prostu przyniesiesz jakiś mundur żebym miała coś na sobie, a moich ubrań poszukamy razem? Bo wiesz, czuję się trochę niezręcznie...
* * *
I tym jakże ambitnym i mądrym sposobem dostałam mundur, niestety bez sprzętu do trójwymiarowego, ale to jakoś będę musiała przeżyć. Grunt że nie latałam już w samych gatkach, w dodatku nie moich, i przydużej podkoszulce. Nie zniosłabym więcej tych dziwnych, ukradkowych spojrzeń rzucanych mi co chwilę przez Erena. 
A, i znaleźliśmy moje ubrania. I okulary. Nie chodzi o to, że mam jakąś wielką wadę, czy coś. Po prostu los postanowił sobie ze mnie zakpić ponownie i oprócz genialnego imienia i nazwiska obdarzył mnie oczami o różnych kolorach. Lewe jest błękitne jak jezioro, a prawe czerwone jak ogień (wyobraźcie sobie zestawienie oczu Rina i Haruki) Nie wiem czemu. Tak samo jak nie wiem, czemu kiedyś nauczycielka nazwała mnie "demonem". Przykleiła łatkę i od tamtej pory, jak ktoś chce mnie dobić, mówi o mnie "demon". Uroczo, nie? Cóż, przynajmniej włosy mam normalne, brązowe, a nie na przykład niebieskie.
Wracając, kiedy założyłam okulary, Eren zaproponował, że mnie oprowadzi. Oczywiście się zgodziłam. Z czystej grzeczności (jakby ktoś w to uwierzył). Po dogłębnym zwiedzeniu zamku, łącznie z pokojem mojego przewodnika, wyszliśmy na dwór. Zgadnijcie kogo spotkaliśmy w stajni! 
- Cześć Końska Twarz - powiedział Eren. Uśmiechnął się wrednie i czekał na jego reakcję. Jean, sądząc po jego minie nieźle się wkurzył (co było do przewidzenia) i odwrócił się.
- Ty gno~ - zamilkł w pół słowa i zamarł. Po chwili lekko się zarumienił. "Nosz kolejny!" - pomyślałam z irytacją. - Cz-cześć - wymamrotał i wyszedł. 
- Tak, stajnie faktycznie są fascynujące. Możemy przejść dalej? - spytałam z sarkastyczną nutą w głosie.
- Jasne - chłopak uśmiechnął się do mnie szeroko. - Chodźmy na plac treningowy.
Kiedy dotarliśmy na miejsce, ujrzeliśmy iście uroczy obrazek. Levi stał na boku w pełnym mundurze, z obnażonymi mieczami i zamęczał swoja drużynę ćwiczeniami manewru trójwymiarowego i walki wręcz. Tak więc jedna część ekipy jebała się (przepraszam) z linkami, a druga kopała się po tyłkach wydając okrzyki bojowe. Mimowolnie się uśmiechnęłam.
- Hej, ludzie! - krzyknął Eren. Mimo, że jest uroczy i w ogóle, to w tym momencie miałam ochotę go zabić. Tu i teraz. Chyba zbyt mocno to okazałam (bo w końcu nikt nie zauważy morderczego spojrzenia), bo kiedy wszyscy na mnie spojrzeli to prawie się wzdrygnęli. Nawet Levi. Cóż, po prostu trzeba mieć talent. Albo być mną.
- Eren - kapral, wnioskując po tonie jego głosu, był mocno niezadowolony. - Po co żeś ją tu przywlókł?
- A co, przeszkadzam w czymś? Przecież ja tylko stoję - wypaliłam. Chyba popełniłam błąd, bo trenujący ludzie przerwali i spojrzeli na mnie z mieszaniną grozy i zdziwienia. Ajć.
- Skoro tylko stoisz, to coś zrób - wysyczał Levi. - Potrenujesz walkę wręcz z Erenem - dokończył i wrócił do wcześniej porzuconego zajęcia. Chyba mnie nie polubi.
Zostawił nas z minami a'la "Chyba sobie kpisz?!". Chcąc nie chcąc ustawiliśmy się w pozycjach "bojowych". Prawie cały oddział się na mnie gapił. NIENAWIDZĘ być w centrum uwagi. Westchnęłam i skupiłam swoją uwagę na chłopaku przede mną. To będzie bolało. Cholernie bolało. Ruszył do ataku, a dla mnie czas zwolnił. Wszystko widziałam zaskakująco wyraźnie. Każdy szczegół był ostry niemalże do bólu. Moje ciało zareagowało zanim zdążyłam pomyśleć cokolwiek. Unik, cios w plecy, zablokowanie ruchów. Kątem oka zobaczyłam szok na twarzach Zwiadowców. Gdy zwróciłam twarz w stronę kałuży, ja też zamarłam w niemym zdziwieniu. Moje prawe, czerwone oko płonęło. Nie błyszczało, ono wręcz płonęło. Powróciłam na ziemię, gdy Eren uderzył w grunt trzy razy. Puściłam go i pomogłam wstać.
- Przepraszam. Nie chciałam zrobić ci krzywdy - z zakłopotaniem odgarnęłam włosy za ucho.
- Nic się nie stało - uśmiechnął się. - Ale...jak to zrobiłaś? - spojrzał na mnie podekscytowany. - Byłaś taka szybka! Poza tym, tylko Mikasa i kapral Levi potrafią zablokować ten ruch.
- Chyba działałam instynktownie. Moje ciało ruszało się samo...
* * *
Następnego dnia do mojego "apartamentu" wparowała Hanji. Chyba nie muszę dodawać, że o nieludzkiej godzinie, którą była szósta cztery. Zerwała ze mnie kołdrę, brutalnie mnie tym budząc i informując mnie, że dowódca chce mnie widzieć. Tak więc zwlokłam się z łóżka i powłócząc nogami niczym stereotypowy zombie, ubrałam się w swoją czarną bluzę i granatowe dżinsy. Nie wiem skąd ta kobieta bierze te ogromne pokłady energii, bo pomimo wczesnej pory, nadawała jak najęta o niesamowitości całej tej sytuacji i o tym, jak bardzo chciałaby mnie zbadać. Na samą myśl o jej "badaniach" przeszły mi ciarki po plecach. Po kilku minutach tego uciążliwego marszu, dotarłyśmy do gabinetu Erwina. Hanji otworzyła przede mną drzwi i poszła. Niepewnie zrobiłam kilka kroków i weszłam do środka, zamykając za sobą drzwi. W gabinecie spotkała mnie para lodowato niebieskich oczu.
- Aki, tak? Siadaj. Witamy cię na szkoleniu na Zwiadowcę.
--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Witam w drugim rozdziale opowiadania (jeszcze) bez tytułu  ^^ Mam nadzieję, że się podobało i że zostaniecie na blogu z moimi wypocinami. Strasznie przepraszam za prawie tygodniową nieobecność, ale nowa szkoła, klasa i wstawanie o szóstej trzydzieści nie pomagają w rozwijaniu się twórczo. To by było na tyle jeśli chodzi o moją szalenie wyczerpującą wypowiedź, tak więc niczym Levi-przestępca odpalę sprzęt do trójwymiarowego i się rozpłynę. Widzimy się w następnym rozdziale :)
Aksune  


sobota, 12 września 2015

Rozdział 1

"Cień ostrza"

[EDIT: 25.03.2018]

Aki wyszedł z domu, idąc za trzymającym go za rękę ojcem. Nie do końca rozumiał, dlaczego jego mama płakała, ale wiedział, że mu się to nie podobało. W końcu jego mama była dużo ładniejsza, gdy się uśmiechała, a on czuł się wtedy szczęśliwszy. Jego ojciec również wyglądał na zmartwionego, jakby zaraz miał oddać coś wyjątkowo cennego. Pięciolatek wyciągał przed siebie swoje krótkie nóżki, próbując nadążyć za ojcem, który ściskał w dłoni plik jakiś papierów.
– Gdzie idziemy, tato? – spytał mały, łypiąc na mężczyznę spod długich rzęs.
– Na targ za Murem Sina – odparł krótko ojciec, starając się nie patrzeć na swoje jedyne dziecko.
◈◈◈
– Nie, Shiro, nie zgadzam się!
Aki zajrzał do kuchni przez szparę w drzwiach, ciekawy, dlaczego jego rodzice krzyczeli od dłuższego czasu. Bał się, że jego ojciec zaczął bić mamę, tak samo jak ojciec Svena. Aki pamiętał, jak Sven ze łzami w oczach opowiadał mu o tym, jak bardzo nie cierpi „ten podłej świni” za to, jak oszpecał śliczną twarz jego matki. Chłopiec nie miał pojęcia, dlaczego ktoś miałby bić czyjąkolwiek matkę, ale nie mógł dopuścić, by twarz jego mamy też została „oszpecona” – cokolwiek to znaczyło.
–Kokona, dobrze wiesz, że to jedyne wyjście! – Shion opadł na krzesło, jakby opuściły go wszelkie siły. – Nie stać nas na jedzenie dla naszej dwójki, a co dopiero dla niego. Nie będziemy w stanie zapewnić mu godziwych warunków. Nie, kiedy wszędzie zaczyna panować głód!
– A myślisz, że jak zostanie niewolnikiem, to będzie miał te twoje „godziwe warunki”?!
Aki słyszał już kiedyś to słowo. „Niewolnik” nie brzmiał ładnie, więc jak na razie zgadzał się z mamą – jeśli rodzice rozmawiali o nim, to on stanowczo twierdził, że nie miał ochoty na zostanie żadnym niewolnikiem.
– Przynajmniej będzie miał co jeść i gdzie spać. Pomyśl o tym, Kokona. Pewnie niedługo nas stąd wysiedlą, żeby zrobić miejsce dla bogatszych mieszkańców okolicznych wiosek. Nikogo nie będzie obchodzić, że nas ich zasrana zerwana tama nie dotyczy i że to jest nasz dom. Ich wszystkich – wycedził Shiro z obrzydzeniem w głosie – będzie obchodzić tylko to, że tamci mają więcej pieniędzy od nas.
– Nikomu nie oddam mojego dziecka! – lamentowała kobieta.
Teraz Aki był już pewien, że chodziło o niego. Nie spodobało mu się to, ale na wieść o zerwanej tamie jeszcze bardziej nadstawił uszu. Na podwórku żadne dziecko jeszcze o tym nie wiedziało, mógłby ich wszystkich powiadomić!
– Kokona… – Shiro wstał od stołu i przygarnął do siebie szlochającą żonę. – Wiesz, że ja też nie chcę nikomu oddawać naszego skarbu, ale tak będzie lepiej. Przy odrobinie szczęścia trafi na jakiegoś porządnego człowieka, który go będzie traktował jak własnego syna, a nam sypnie się trochę grosza. Obiecuję ci, że po wszystkim dowiem się, kto go dostał. Odłożymy część pieniędzy, które za niego dostaniemy i odkupimy go, jak ogarną ten bajzel.
– Nie, nie, nie… – szeptała Kokona, ściskając w dłoniach naddartą koszulę męża.
Aki, teraz dobrze widząc łzy mamy, postanowił wkroczyć do akcji. Przetarł oczy piąstką i ziewnął, pchając drzwi, które otworzyły się z głośnym skrzypnięciem.
– Aki, dlaczego nie śpisz? – Shiro zmarszczył groźnie brwi, ale Kokona wyrwała się z jego objęć i przypadła do chłopca.
– Aki, moje kochanie…! – Po policzkach kobiety płynęły słone łzy, a Aki z uporem ścierał każdą z nich.
◈◈◈
– To super, tato! Wiedziałeś, że mają tam teraz takie ładne pluszaki?
– Naprawdę?
– Tak! Patrick mi mówił. On dostał jednego. Takiego dużego konia! – zawołał Aki, żywo gestykulując wolną ręką. – Tato, kupisz mi jednego?
– Zobaczymy, Aki, zobaczymy – burknął po nosem Shiro, wchodząc w tłum ludzi, którzy czekali na statek płynący za Mur Sina. – Pamiętaj, żeby się mnie teraz mocno trzymać, rozumiesz? Nie możesz się zgubić.
– Przecież wiem. – Chłopiec wywrócił oczami, ale mimo to mocniej ścisnął dłoń ojca.
Po ulicy rozległ się szum rozmów, gdy w oddali pojawiła się barka. Kilkadziesiąt butów zastukało o brukowany chodnik, gdy statek zatrzymał się przy brzegu. Rozpoczęła się walka o miejsce. Na pokład wchodzili tylko ci, którzy zdążyli się na niego wcisnąć. Płacono mężczyźnie, który schodził na ląd i stawał tuż obok jedynego wejścia. Jego czujne oko obserwowało wszystkich. Tym, którym wydawało się, że mogą przejść bez biletu, zawsze stawiano ultimatum – albo płacisz, albo wypad. Czasem ktoś zuchwale wybierał tę drugą opcję. Dostępował wtedy wątpliwego zaszczytu wykąpania się w zimnych wodach brudnej rzeki.
Aki przecisnął się przez tłum, prowadzony przez ojca. Obaj należeli do grupy szczęśliwców, którym udało się wejść na czas. Reszta musiała czekać na następny kurs. Ludzie wciąż tłoczyli się przy brzegu. Z wielu gardeł wydarł się jęk zawodu, gdy barka ruszyła, zostawiając ich za sobą.
◈◈◈
– Gdzie idziemy najpierw? – spytał Aki, z zaciekawieniem rozglądając się po ogromnym placu targowym. Uparcie szukał stoiska z zabawkami, żeby namówić ojca na kupno pluszaka.
Shiro nie odpowiedział, tylko ruszył w głąb placu. Chłopiec próbował zaciągnąć mężczyznę do upatrzonego przez siebie stoiska, ale Shiro minął je, nie poświęcając mu wiele uwagi. Zacisnął wargi, ignorując wołanie dziecka. Zatrzymał się dopiero przed namiotem handlarzy niewolników.
– Synu – zaczął, klękając przed Akim – pamiętaj, że nieważne co się stanie, ja i matka bardzo cię kochamy, rozumiesz? Znajdziemy cię i wrócimy razem do domu, ale teraz musisz tu zostać, dobrze? U nas źle się dzieje i rodzice nie mogą pozwolić, żebyś przymierał głodem, dlatego oddamy cię do jakiegoś miłego pana albo pani. Jeżeli uda ci się wyjść samemu, postaraj się wrócić do nas.
– Dlaczego mówisz takie rzeczy? Tato? – spytał Aki, gdy Shiro wciągnął go do namiotu.
W twarz chłopca buchnął zapach potu i spleśniałych owoców. Aki skrzywił się i zasłonił twarz dłonią. Co chwila pociągał za rękaw koszuli ojca, ale ten nie reagował. Zaniepokojone dziecko rozglądało się po dusznym wnętrzu. Dłużej przyglądało się dwójce innych dzieci, które siedziały na zimnym bruku. Na ich szyjach wisiały obroże. Biegł od nich łańcuch przytwierdzony do wysokiego słupka z mnóstwem haczyków. To pewnie są ci niewolnicy, pomyślał Aki. Ale jeżeli tak, to co my tu robimy?
– Tato? – pisnął cicho, gdy zatrzymali się przed biurkiem. Za blatem siedział brzydki, gruby mężczyzna, który w najlepsze siorbał wino z dużego dzbanka.
– Przepraszam – powiedział Shiro.
Kupiec zerknął na niego znad trunku.
– Czego?
– Chciałbym… sprzedać to dziecko. – Mężczyzna wskazał na trzęsącego się Akiego, który z chwili na chwilę był coraz bardziej przerażony.
– To chłopiec czy dziewczynka? – spytał kupiec, mierząc Akiego wzrokiem.
– Chłopiec. Tu są wszystkie jego dokumenty – odparł Shiro i podsunął grubasowi plik kartek.
Wąsacz mruczał coś pod nosem, przeglądając papiery. Wybałuszył oczy, kiedy dotarł do informacji o pochodzeniu dziecka.
– Czysta azjatycka krew? Nie wkręcasz mnie pan?
– Zapewniam, że nie. Osobiście znam jego rodziców.
– Tato… – znów zawołał Aki, czując, że zbiera mu się na płacz. Ojciec przecież nie mógł go tak po prostu zostawić! A co z mamą? Co z kolegami z podwórka i tą pyszną potrawką, która co niedzielę była na obiad?
– Rozumiem, rozumiem… – westchnął wąsacz i wstał zza biurka. Ledwo wytoczył się z ciasnej przestrzeni i, dysząc, ukucnął przed Akim. Mocno chwycił jego podbródek i zaczął kręcić jego głową na wszystkie strony, aż chłopca rozbolała szyja. – Całkiem ładniutki. Dam panu za niego jakieś… Piętnaście srebrników.
– Słucham? Przecież na pewno jest wart więcej!
– Czternaście. Chcesz pan się kłócić dalej? Ja tak mogę cały dzień.
Shiro zacisnął palce na dłoni syna. Aki zauważył, jak żyła na szyi ojca drga.
– Niech będzie to piętnaście – wycedził Shiro.
– Przyjemnie się robi z panem interesy. – Kupiec uśmiechnął się i wrócił za biurko. Otworzył szufladę, z której wyjął niewielką sakiewkę i szeroką, posrebrzaną obrożę. – Dla ładnego towaru musi być ładne opakowanie – stwierdził i wręczył Shiro sakiewkę. – Masz pan i do widzenia.
Shiro jeszcze raz pochylił się nad synem i przycisnął go do siebie, tak jak Kokona ostatniego wieczora.
– Wrócę po ciebie, Aki. Nawet, jeśli to będzie ostatnia rzecz, jaką będę mógł zrobić w życiu. Obiecuję. – Niechętnie puścił chłopca i wstał z zimnego bruku. – Do widzenia – zwrócił się do kupca i wyszedł z namiotu, patrząc przez ramię na swoje dziecko.
– Tato – chlipnął Aki, gdy tłuste paluchy kupca zapięły mu na szyi lśniącą obrożę.
– Dostanę za ciebie krocie, mój ty klejnociku – zanucił grubas i przypiął chłopca do palika, tuż obok innych dzieci. – A teraz siedź tu grzecznie, aukcja już niedługo się zacznie!
◈◈◈
Aki trząsł się jak osika. Czuł na sobie spojrzenia tych wszystkich ludzi – zupełnie, jakby oceniali wygląd szynki u rzeźnika. Za nim stał kupiec i trzymał w ręku cztery grube łańcuchy. Oprócz Akiego i dwójki dzieci, która siedziała już w namiocie, gdy ojciec go tam przyprowadził, przyszła jeszcze jedna drobna dziewczynka. Ciekawe, czy ich też oddali rodzice, pomyślał smutno chłopiec.
– Panie i panowie! Dzisiaj mam wam do zaoferowania tę czwórkę ślicznych dzieci! Po mojej lewej widzą państwo bliźniaki, dwójkę chłopców! Czyż nie są rozkoszni? Sprzedaję ich w zestawie – albo razem, albo wcale. Wiedzą państwo, nawet w tym biznesie trzeba mieć trochę serca – zażartował kupiec. – Cena – dwie złote monety! – Pod podium rozległ się szum. – Słucham, pani kochana? Nie, już mówiłem, nie sprzedam jednego za jedną monetę, szanujmy się!
Bliźniaki również się trzęsły. Przylgnęły do siebie i trzymały, jakby zależały od tego ich życia. Wczepiały drobne palce w swoje ubrania i włosy, żeby na pewno się nie puścić. W oczach jednego z bliźniąt Aki dostrzegł wrogość i upór – domyślał się, że on nie da skrzywdzić swojego brata.
– No, drodzy państwo, naprawdę nikt z was nie chce tej dwójki? Spójrzcie na nich, jak się w siebie wczepiają! Trochę treningu i można z nich zrobić świetnych służących. Jestem pewien, że pańskie żony i sąsiadki będą nimi zachwycone.
Chwilę później ktoś zdecydował się na kupno. Pierwsza dwójka zeszła z podestu, odprowadzona przez żandarma. Kupiec wyglądał, jakby był w swoim żywiole. Promieniał, w myślach gratulując sobie udanej transakcji.
– A teraz ta blond piękność! Spójrzcie państwo na te włosy, na te oczy! Toż to anioł, który zstąpił na naszą plugawą ziemię! Służąca jak się patrzy! A może nawet coś więcej. – Grubas puścił oczko w stronę swojej „publiczności”, a dziewczynka stłumiła szloch.
Aki poczuł, że robi mu się żal drobnej ślicznotki.
Dziewczynkę sprzedano prawie od razu. Kupił ją jakiś podstarzały mężczyzna, który wyglądał, jakby miał więcej kasy niż rozumu. Tak przynajmniej podsumowałby go mój tata, pomyślał Aki. Chłopiec prawie potknął się o własne nogi, gdy kupiec szarpnął za jego łańcuch. Obroża zalśniła w słońcu.
– A teraz mój ostatni skarb. Mówię państwu, prawdziwy nieoszlifowany diament! Chłopiec czystej azjatyckiej krwi! Patrzcie, jaki piękny, niczym laleczka! Gęste włosy, oczy ciemniejsze niż węgiel! Wyobraźcie sobie, jak wszyscy dookoła będą szaleć z zazdrości! Nie pozbierają szczęk z ziemi! – Grubas odgarnął grzywkę z twarzy Akiego, a po placu rozszedł się szmer rozmów. – No, co państwo powiecie? Cena to tylko pięć złotych monet, jedyna taka okazja! Nigdzie indziej nie znajdziecie czystej azjatyckiej krwi i to w jakiej cenie! Takie cuda tylko u mnie, proszę państwa!
Aki zacisnął palce na koszuli, którą niedawno dostał na urodziny od mamy. Pamiętał, jak podglądał szyjącą Kokonę, która cieszyła się jak dziecko, kiedy skończyła robić ubranie. Materiał pokrywało mnóstwo ręcznie robionych haftów. Chłopiec wodził po nich palcem, pragnąc znów znaleźć się w czułym uścisku matki.
– Naprawdę nikt z państwa nie chce mieć tego dziecka na własność? No dobrze, w takim razie obniżę trochę cenę – cztery złote monety i trzydzieści srebrnych! – Z tłumu wystrzeliła ręka. – O, widzę, że mała obniżka kogoś zachęciła! Jeśli masz gotówkę przy sobie, mały jest twój!
Kupiec puścił łańcuch. Wokół ramienia Akiego zacisnęła się twarda, szorstka dłoń. Groźnie wyglądający żandarm ściągnął chłopca ze sceny i zaprowadził go na bok, gdzie miało dojść do zakupu. Aki widział ciasne klatki, w których siedziały bliźniaki i dziewczynka. Zakryto je płachtami materiału, a twarze przerażonych dzieci zniknęły. Klatki ustawiono na wozach, które ruszyły za drogimi powozami.
Kupiec zaskakująco zwinnie zeskoczył ze sceny i potruchtał do młodego mężczyzny ubranego w strój lokaja. Zabrzęczały pieniądze, a żandarm odpiął łańcuch od obroży chłopca. Później pchnął go w stronę kolejnej klatki, której drzwiczki zatrzasnęły się za Akim. Dziecko ledwo wstrzymywało łzy, wtulając nos w swoją koszulę. Nagle klatkę przykryła płachta i zapanowała ciemność.
Witam wszystkich nowych czytelników (tak Aksune, dalej się oszukuj, że ktokolwiek to czyta). To mój pierwszy tego typu blog, więc nie bijcie, proszę. Będę tu wstawiać opowiadania mojego autorstwa. Jeśli się Wam spodoba, to zostańcie, śledźcie, komentujcie. Jeśli nie... cóż. Tak więc, kończę już Was zanudzać i się zwijam. Do zobaczenia w następnym poście.