"Cień ostrza"
[EDIT: 25.03.2018]
Aki wyszedł z domu, idąc za trzymającym go za rękę ojcem. Nie do końca rozumiał, dlaczego jego mama płakała, ale wiedział, że mu się to nie podobało. W końcu jego mama była dużo ładniejsza, gdy się uśmiechała, a on czuł się wtedy szczęśliwszy. Jego ojciec również wyglądał na zmartwionego, jakby zaraz miał oddać coś wyjątkowo cennego. Pięciolatek wyciągał przed siebie swoje krótkie nóżki, próbując nadążyć za ojcem, który ściskał w dłoni plik jakiś papierów.
Aki wyszedł z domu, idąc za trzymającym go za rękę ojcem. Nie do końca rozumiał, dlaczego jego mama płakała, ale wiedział, że mu się to nie podobało. W końcu jego mama była dużo ładniejsza, gdy się uśmiechała, a on czuł się wtedy szczęśliwszy. Jego ojciec również wyglądał na zmartwionego, jakby zaraz miał oddać coś wyjątkowo cennego. Pięciolatek wyciągał przed siebie swoje krótkie nóżki, próbując nadążyć za ojcem, który ściskał w dłoni plik jakiś papierów.
– Gdzie idziemy, tato? – spytał mały, łypiąc na mężczyznę
spod długich rzęs.
– Na targ za Murem Sina – odparł krótko ojciec, starając się
nie patrzeć na swoje jedyne dziecko.
◈◈◈
– Nie, Shiro, nie zgadzam się!
Aki zajrzał do kuchni przez szparę w drzwiach, ciekawy,
dlaczego jego rodzice krzyczeli od dłuższego czasu. Bał się, że jego ojciec
zaczął bić mamę, tak samo jak ojciec Svena. Aki pamiętał, jak Sven ze łzami w
oczach opowiadał mu o tym, jak bardzo nie cierpi „ten podłej świni” za to, jak
oszpecał śliczną twarz jego matki. Chłopiec nie miał pojęcia, dlaczego ktoś
miałby bić czyjąkolwiek matkę, ale nie mógł dopuścić, by twarz jego mamy też
została „oszpecona” – cokolwiek to znaczyło.
–Kokona, dobrze wiesz, że to jedyne wyjście! – Shion opadł
na krzesło, jakby opuściły go wszelkie siły. – Nie stać nas na jedzenie dla
naszej dwójki, a co dopiero dla niego. Nie będziemy w stanie zapewnić mu
godziwych warunków. Nie, kiedy wszędzie zaczyna panować głód!
– A myślisz, że jak zostanie niewolnikiem, to będzie miał te
twoje „godziwe warunki”?!
Aki słyszał już kiedyś to słowo. „Niewolnik” nie brzmiał
ładnie, więc jak na razie zgadzał się z mamą – jeśli rodzice rozmawiali o nim,
to on stanowczo twierdził, że nie miał ochoty na zostanie żadnym niewolnikiem.
– Przynajmniej będzie miał co jeść i gdzie spać. Pomyśl o
tym, Kokona. Pewnie niedługo nas stąd wysiedlą, żeby zrobić miejsce dla
bogatszych mieszkańców okolicznych wiosek. Nikogo nie będzie obchodzić, że nas
ich zasrana zerwana tama nie dotyczy i że to jest nasz dom. Ich wszystkich –
wycedził Shiro z obrzydzeniem w głosie – będzie obchodzić tylko to, że tamci
mają więcej pieniędzy od nas.
– Nikomu nie oddam mojego dziecka! – lamentowała kobieta.
Teraz Aki był już pewien, że chodziło o niego. Nie spodobało
mu się to, ale na wieść o zerwanej tamie jeszcze bardziej nadstawił uszu. Na
podwórku żadne dziecko jeszcze o tym nie wiedziało, mógłby ich wszystkich
powiadomić!
– Kokona… – Shiro wstał od stołu i przygarnął do siebie
szlochającą żonę. – Wiesz, że ja też nie chcę nikomu oddawać naszego skarbu,
ale tak będzie lepiej. Przy odrobinie szczęścia trafi na jakiegoś porządnego
człowieka, który go będzie traktował jak własnego syna, a nam sypnie się trochę
grosza. Obiecuję ci, że po wszystkim dowiem się, kto go dostał. Odłożymy część
pieniędzy, które za niego dostaniemy i odkupimy go, jak ogarną ten bajzel.
– Nie, nie, nie… – szeptała Kokona, ściskając w dłoniach
naddartą koszulę męża.
Aki, teraz dobrze widząc łzy mamy, postanowił wkroczyć do
akcji. Przetarł oczy piąstką i ziewnął, pchając drzwi, które otworzyły się z głośnym
skrzypnięciem.
– Aki, dlaczego nie śpisz? – Shiro zmarszczył groźnie brwi,
ale Kokona wyrwała się z jego objęć i przypadła do chłopca.
– Aki, moje kochanie…! – Po policzkach kobiety płynęły słone
łzy, a Aki z uporem ścierał każdą z nich.
◈◈◈
– To super, tato! Wiedziałeś, że mają tam teraz takie ładne
pluszaki?
– Naprawdę?
– Tak! Patrick mi mówił. On dostał jednego. Takiego dużego
konia! – zawołał Aki, żywo gestykulując wolną ręką. – Tato, kupisz mi jednego?
– Zobaczymy, Aki, zobaczymy – burknął po nosem Shiro,
wchodząc w tłum ludzi, którzy czekali na statek płynący za Mur Sina. –
Pamiętaj, żeby się mnie teraz mocno trzymać, rozumiesz? Nie możesz się zgubić.
– Przecież wiem. – Chłopiec wywrócił oczami, ale mimo to
mocniej ścisnął dłoń ojca.
Po ulicy rozległ się szum rozmów, gdy w oddali pojawiła się
barka. Kilkadziesiąt butów zastukało o brukowany chodnik, gdy statek zatrzymał
się przy brzegu. Rozpoczęła się walka o miejsce. Na pokład wchodzili tylko ci,
którzy zdążyli się na niego wcisnąć. Płacono mężczyźnie, który schodził na ląd
i stawał tuż obok jedynego wejścia. Jego czujne oko obserwowało wszystkich.
Tym, którym wydawało się, że mogą przejść bez biletu, zawsze stawiano ultimatum
– albo płacisz, albo wypad. Czasem ktoś zuchwale wybierał tę drugą opcję. Dostępował
wtedy wątpliwego zaszczytu wykąpania się w zimnych wodach brudnej rzeki.
Aki przecisnął się przez tłum, prowadzony przez ojca. Obaj
należeli do grupy szczęśliwców, którym udało się wejść na czas. Reszta musiała
czekać na następny kurs. Ludzie wciąż tłoczyli się przy brzegu. Z wielu gardeł
wydarł się jęk zawodu, gdy barka ruszyła, zostawiając ich za sobą.
◈◈◈
– Gdzie idziemy najpierw? – spytał Aki, z zaciekawieniem
rozglądając się po ogromnym placu targowym. Uparcie szukał stoiska z zabawkami,
żeby namówić ojca na kupno pluszaka.
Shiro nie odpowiedział, tylko ruszył w głąb placu. Chłopiec
próbował zaciągnąć mężczyznę do upatrzonego przez siebie stoiska, ale Shiro
minął je, nie poświęcając mu wiele uwagi. Zacisnął wargi, ignorując wołanie dziecka.
Zatrzymał się dopiero przed namiotem handlarzy niewolników.
– Synu – zaczął, klękając przed Akim – pamiętaj, że nieważne
co się stanie, ja i matka bardzo cię kochamy, rozumiesz? Znajdziemy cię i
wrócimy razem do domu, ale teraz musisz tu zostać, dobrze? U nas źle się dzieje
i rodzice nie mogą pozwolić, żebyś przymierał głodem, dlatego oddamy cię do
jakiegoś miłego pana albo pani. Jeżeli uda ci się wyjść samemu, postaraj się
wrócić do nas.
– Dlaczego mówisz takie rzeczy? Tato? – spytał Aki, gdy
Shiro wciągnął go do namiotu.
W twarz chłopca buchnął zapach potu i spleśniałych owoców.
Aki skrzywił się i zasłonił twarz dłonią. Co chwila pociągał za rękaw koszuli
ojca, ale ten nie reagował. Zaniepokojone dziecko rozglądało się po dusznym
wnętrzu. Dłużej przyglądało się dwójce innych dzieci, które siedziały na zimnym
bruku. Na ich szyjach wisiały obroże. Biegł od nich łańcuch przytwierdzony do
wysokiego słupka z mnóstwem haczyków. To pewnie są ci niewolnicy, pomyślał Aki.
Ale jeżeli tak, to co my tu robimy?
– Tato? – pisnął cicho, gdy zatrzymali się przed biurkiem.
Za blatem siedział brzydki, gruby mężczyzna, który w najlepsze siorbał wino z
dużego dzbanka.
– Przepraszam – powiedział Shiro.
Kupiec zerknął na niego znad trunku.
– Czego?
– Chciałbym… sprzedać to dziecko. – Mężczyzna wskazał na
trzęsącego się Akiego, który z chwili na chwilę był coraz bardziej przerażony.
– To chłopiec czy dziewczynka? – spytał kupiec, mierząc
Akiego wzrokiem.
– Chłopiec. Tu są wszystkie jego dokumenty – odparł Shiro i
podsunął grubasowi plik kartek.
Wąsacz mruczał coś pod nosem, przeglądając papiery.
Wybałuszył oczy, kiedy dotarł do informacji o pochodzeniu dziecka.
– Czysta azjatycka krew? Nie wkręcasz mnie pan?
– Zapewniam, że nie. Osobiście znam jego rodziców.
– Tato… – znów zawołał Aki, czując, że zbiera mu się na
płacz. Ojciec przecież nie mógł go tak po prostu zostawić! A co z mamą? Co z
kolegami z podwórka i tą pyszną potrawką, która co niedzielę była na obiad?
– Rozumiem, rozumiem… – westchnął wąsacz i wstał zza biurka.
Ledwo wytoczył się z ciasnej przestrzeni i, dysząc, ukucnął przed Akim. Mocno
chwycił jego podbródek i zaczął kręcić jego głową na wszystkie strony, aż
chłopca rozbolała szyja. – Całkiem ładniutki. Dam panu za niego jakieś…
Piętnaście srebrników.
– Słucham? Przecież na pewno jest wart więcej!
– Czternaście. Chcesz pan się kłócić dalej? Ja tak mogę cały
dzień.
Shiro zacisnął palce na dłoni syna. Aki zauważył, jak żyła na
szyi ojca drga.
– Niech będzie to piętnaście – wycedził Shiro.
– Przyjemnie się robi z panem interesy. – Kupiec uśmiechnął
się i wrócił za biurko. Otworzył szufladę, z której wyjął niewielką sakiewkę i
szeroką, posrebrzaną obrożę. – Dla ładnego towaru musi być ładne opakowanie –
stwierdził i wręczył Shiro sakiewkę. – Masz pan i do widzenia.
Shiro jeszcze raz pochylił się nad synem i przycisnął go do
siebie, tak jak Kokona ostatniego wieczora.
– Wrócę po ciebie, Aki. Nawet, jeśli to będzie ostatnia
rzecz, jaką będę mógł zrobić w życiu. Obiecuję. – Niechętnie puścił chłopca i
wstał z zimnego bruku. – Do widzenia – zwrócił się do kupca i wyszedł z
namiotu, patrząc przez ramię na swoje dziecko.
– Tato – chlipnął Aki, gdy tłuste paluchy kupca zapięły mu
na szyi lśniącą obrożę.
– Dostanę za ciebie krocie, mój ty klejnociku – zanucił
grubas i przypiął chłopca do palika, tuż obok innych dzieci. – A teraz siedź tu
grzecznie, aukcja już niedługo się zacznie!
◈◈◈
Aki trząsł się jak osika. Czuł na sobie spojrzenia tych
wszystkich ludzi – zupełnie, jakby oceniali wygląd szynki u rzeźnika. Za nim
stał kupiec i trzymał w ręku cztery grube łańcuchy. Oprócz Akiego i dwójki
dzieci, która siedziała już w namiocie, gdy ojciec go tam przyprowadził,
przyszła jeszcze jedna drobna dziewczynka. Ciekawe, czy ich też oddali rodzice,
pomyślał smutno chłopiec.
– Panie i panowie! Dzisiaj mam wam do zaoferowania tę
czwórkę ślicznych dzieci! Po mojej lewej widzą państwo bliźniaki, dwójkę
chłopców! Czyż nie są rozkoszni? Sprzedaję ich w zestawie – albo razem, albo
wcale. Wiedzą państwo, nawet w tym biznesie trzeba mieć trochę serca –
zażartował kupiec. – Cena – dwie złote monety! – Pod podium rozległ się szum. –
Słucham, pani kochana? Nie, już mówiłem, nie sprzedam jednego za jedną monetę,
szanujmy się!
Bliźniaki również się trzęsły. Przylgnęły do siebie i
trzymały, jakby zależały od tego ich życia. Wczepiały drobne palce w swoje ubrania
i włosy, żeby na pewno się nie puścić. W oczach jednego z bliźniąt Aki
dostrzegł wrogość i upór – domyślał się, że on nie da skrzywdzić swojego brata.
– No, drodzy państwo, naprawdę nikt z was nie chce tej
dwójki? Spójrzcie na nich, jak się w siebie wczepiają! Trochę treningu i można
z nich zrobić świetnych służących. Jestem pewien, że pańskie żony i sąsiadki
będą nimi zachwycone.
Chwilę później ktoś zdecydował się na kupno. Pierwsza dwójka
zeszła z podestu, odprowadzona przez żandarma. Kupiec wyglądał, jakby był w
swoim żywiole. Promieniał, w myślach gratulując sobie udanej transakcji.
– A teraz ta blond piękność! Spójrzcie państwo na te włosy,
na te oczy! Toż to anioł, który zstąpił na naszą plugawą ziemię! Służąca jak
się patrzy! A może nawet coś więcej. – Grubas puścił oczko w stronę swojej
„publiczności”, a dziewczynka stłumiła szloch.
Aki poczuł, że robi mu się żal drobnej ślicznotki.
Dziewczynkę sprzedano prawie od razu. Kupił ją jakiś
podstarzały mężczyzna, który wyglądał, jakby miał więcej kasy niż rozumu. Tak
przynajmniej podsumowałby go mój tata, pomyślał Aki. Chłopiec prawie potknął
się o własne nogi, gdy kupiec szarpnął za jego łańcuch. Obroża zalśniła w
słońcu.
– A teraz mój ostatni skarb. Mówię państwu, prawdziwy
nieoszlifowany diament! Chłopiec czystej azjatyckiej krwi! Patrzcie, jaki
piękny, niczym laleczka! Gęste włosy, oczy ciemniejsze niż węgiel! Wyobraźcie
sobie, jak wszyscy dookoła będą szaleć z zazdrości! Nie pozbierają szczęk z
ziemi! – Grubas odgarnął grzywkę z twarzy Akiego, a po placu rozszedł się szmer
rozmów. – No, co państwo powiecie? Cena to tylko pięć złotych monet, jedyna taka
okazja! Nigdzie indziej nie znajdziecie czystej azjatyckiej krwi i to w jakiej
cenie! Takie cuda tylko u mnie, proszę państwa!
Aki zacisnął palce na koszuli, którą niedawno dostał na
urodziny od mamy. Pamiętał, jak podglądał szyjącą Kokonę, która cieszyła się
jak dziecko, kiedy skończyła robić ubranie. Materiał pokrywało mnóstwo ręcznie
robionych haftów. Chłopiec wodził po nich palcem, pragnąc znów znaleźć się w
czułym uścisku matki.
– Naprawdę nikt z
państwa nie chce mieć tego dziecka na własność? No dobrze, w takim razie obniżę
trochę cenę – cztery złote monety i trzydzieści srebrnych! – Z tłumu
wystrzeliła ręka. – O, widzę, że mała obniżka kogoś zachęciła! Jeśli masz
gotówkę przy sobie, mały jest twój!
Kupiec puścił łańcuch. Wokół ramienia Akiego zacisnęła się
twarda, szorstka dłoń. Groźnie wyglądający żandarm ściągnął chłopca ze sceny i
zaprowadził go na bok, gdzie miało dojść do zakupu. Aki widział ciasne klatki,
w których siedziały bliźniaki i dziewczynka. Zakryto je płachtami materiału, a
twarze przerażonych dzieci zniknęły. Klatki ustawiono na wozach, które ruszyły
za drogimi powozami.
Kupiec zaskakująco zwinnie zeskoczył ze sceny i potruchtał
do młodego mężczyzny ubranego w strój lokaja. Zabrzęczały pieniądze, a żandarm
odpiął łańcuch od obroży chłopca. Później pchnął go w stronę kolejnej klatki,
której drzwiczki zatrzasnęły się za Akim. Dziecko ledwo wstrzymywało łzy,
wtulając nos w swoją koszulę. Nagle klatkę przykryła płachta i zapanowała
ciemność.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz