Mam do Was bardzo ważne pytanie. Kiedy sobie leżałam w moim szalenie wygodnym łóżeczku, to gdzieś koło 6:20 wskoczył mi pomysł na nowe opowiadanie. Mianowicie:
Wszyscy (prawie) mają fazę na Star Wars, to czemu by nie, ja też. Najnowszy film, na którym byłam wczoraj, chyba wyrył mi się pod czaszką (bo ja tam nie wiem, czy jakiś mózg tam jest xD). Opowiadanie byłoby o Erenie i Levi'u (szok). Eren - jeden z ostatnich rycerzy Jedi ścigany przez tych Shitów, jak określił ich mój brat (fanów przepraszam), a Levi - lord Ciemnej Strony, ciągnie go do Światła, dostał rozkaz wypatroszenia naszego Erena. Co Wy na to? Ostrzegam - chcę poznać Waszą opinię, zanim coś (cokolwiek) napiszę, więc muszę mieć odpowiedź na talerzu. Dziękuję.
Aksune
czwartek, 31 grudnia 2015
piątek, 25 grudnia 2015
Coś o yaoi 2
[EDIT: 23.12.2016]
Obudziłem się wtulony w szeroką pierś Arikawy. Spojrzałem mu w twarz, a moje serce stopniało. No co? Wyglądał uroczo, kiedy spał. I było mi tak ciepło, gdy mnie obejmował.... Stop! Obudziłem się goły, nie w swoim łóżku (phi – nawet nie w swoim domu!), z kacem i bólem tyłka. Do tego obok mnie leżał mój przyjaciel, który zupełnym przypadkiem również postanowił przywdziać strój Adama i się do mnie poprzymilać! Spróbowałem się uwolnić. Niestety – bezskutecznie. Jedyną reakcją Arikawy na moje wiercenie się było ciche mruknięcie. Ten imbecyl spał sobie w najlepsze!– Wstawaj – syknąłem, trącając go łokciem. Arikawa otworzył zaspane oczy, spojrzał na mnie ciepło i uśmiechnął, pochylając się nade mną. Chwilę później poczułem nacisk na swoje usta.
– Co ty wyprawiasz?! – Odepchnąłem go i otarłem wargi. Chciałem wstać, ale.... nie mogłem. Poza tym czułem, jak coś ze mnie powoli wyciekało, spływając po moich udach. Wspomnienia poprzedniej nocy wróciły jak bumerang. Momentalnie się zarumieniłem.
– Całuję cię na dzień dobry? – Mężczyzna usiadł i posłał mi pytające spojrzenie. Wyciągnął rękę w moją stronę, żeby pogłaskać mnie po policzku, ale ja odtrąciłem jego dłoń. I znów zobaczyłem ten szok na jego twarzy. Szok i bezbrzeżny smutek. – Kasuki... Co się stało? – Arikawa odsunął się, jakbyś się bał, że cię odepchnę go jeszcze mocniej. Co ja wyprawiam...?
– Co się stało!? Co się stało!? I ty się jeszcze pytasz!? – Raniące go słowa wypływały z moich ust jak rzeka, a ja zupełnie straciłem nad nimi kontrolę.
– Kasuki, ja--
– Zamknij się! Nie odzywaj się do mnie! Zostaw mnie w spokoju! – Jakimś cudem udało mi się chwiejnie wstać, wyjść z sypialni i zatrzasnąć w łazience. Oparłem się o drzwi, chwilę później osuwając się po nich. Mimo że siedziałem, nogi niesamowicie mi drżały. Moim ciałem wstrząsnął niekontrolowany szloch.
– Kasuki, otwórz drzwi! – Usłyszałem kroki Arikawy i ciche pukanie. Jednak, gdy nie odpowiedziałem, zaczął walić w drewnianą barierę, która nas dzieliła. – Otwórz te jebane drzwi!
Bez słowa wszedłem pod prysznic i odkręciłem kran. Ciepła woda obmywała moje ciało, przynosząc ulgę. Wziąłem do ręki mydło i zacząłem się nim smarować, mając cichą nadzieję, że wymaże ono wczorajszą noc, że wszystko będzie jak dawniej. Pobożne życzenie. Gdy skończyłem, szybko wytarłem się pierwszym lepszym ręcznikiem i ubrałem ciuchy wiszące na suszarce, mając w nosie, czy należały do Arikawy, czy nie. Otworzyłem drzwi i minąłem mojego do-niedawna-przyjaciela.
– Chłopie, o co ci chodzi? – Jego natarczywy głos przecinał powietrze raz po raz. Gdy zebrałem swoje ciuchy i wsadziłem je w znalezioną na podłodze siatkę, po prostu wyszedłem z mieszkania chłopaka.
~*~ ~*~ ~*~
*Arikawa*– Czemu tak się wściekł? Przecież wczoraj nie miał żadnych obiekcji... Do tego wyglądał, jakby mu się podobało... Już nic nie rozumiem! – Usiadłem na łóżku, przerywając na chwilę swoje bezcelowe mamrotanie i schowałem twarz w dłoniach. Po chwili uświadomiłem sobie, co się wczoraj wydarzyło. Do tego dotarł do mnie fakt, że siedzę goły na zaplamionej spermą pościeli. Aj... Samo wspomnienie wczorajszej nocy sprawiało, że robiło mi się gorąco. Głośno westchnąłem i zacząłem sprzątać.
Zmieniłem pościel, wziąłem prysznic, ubrałem się i zjadłem śniadanie, cały czas starając się ignorować narastający ból w piersi i głowie. Będę musiał to jakoś naprawić. Nie mogę tak po prostu pozwolić, by nasze relacje się do końca popsuły. Naprawdę chcę odzyskać Kasukiego. Tylko jak?
środa, 23 grudnia 2015
Coś o yaoi 1
Uwaga!!! Yaoi +18
[EDIT: 23.12.2016]
Nachlałem
się. Mam na myśli wczoraj. I zrobiłem coś głupiego. No i teraz nie mam pojęcia
co o tym myśleć. Nie wiem jak to określać – cholernie przyjemne czy
przerażające. Ale zacznę od początku.
~ * ~ * ~ * ~
Dosyć
niedawno zacząłem studia i poznałem chłopaka w moim wieku, Arikawę. Szybko
się zaprzyjaźniliśmy. Arikawa był wysoki, przystojny, zabawny i
inteligentny, co przysparzało mu całkiem sporego zainteresowania
przedstawicielek płci przeciwnej. Ze mną było ciut gorzej – co prawda
jestem niczego sobie, ale przy moich stu siedemdziesięciu trzech centymetrach
wzrostu prezentowałem się przy nim nie do końca tak, jak bym sobie tego życzył.
Pewnego
jakże pięknego wieczoru poszliśmy do klubu, żeby przygruchać sobie jakieś
panienki. Zaczęło się normalnie: alkohol, taniec... Arikawa zagadał do kilku
dziewczyn, ale zanim sytuacja zdążyła się rozwinąć, porozchodziły się do domów.
Bądź co bądź, zbliżała się pierwsza, a my tylko coraz bardziej się
rozkręcaliśmy. O drugiej byliśmy już tak wstawieni, że ledwo kontaktowaliśmy.
Wyszliśmy z klubu i chwiejnym krokiem ruszyliśmy ulicą. Po chwili mój
przyjaciel zorientował się, że jesteśmy w jego okolicy. Zaproponował,
żebyśmy do niego weszli i się ogarnęli. Zgodziłem się. Kiedy wchodziliśmy
po schodach, jego zapach wydał mi się jakiś mocniejszy i dziwnie....bardziej
pociągający? Arikawa wyjął klucze i otworzył drzwi. Wszedł do środka, a ja za
nim. Chwilę później wrota do jego małej twierdzy się zatrzasnęły, a ja zostałem
do nich przyparty. W oczach chłopaka zobaczyłem bezbrzeżny smutek i skrywany
pod uśmiechniętą maską ból. Na mojej twarzy malował się szok.
– Arikawa......
Co się stało..? – Resztki mojego trzeźwego umysły postanowiły się ujawnić.
Nie dostałem odpowiedzi, a gdy otworzyłem usta, by ponowić pytanie, w moje
włosy wsunęły się zgrabne, szczupłe palce, a jego wargi spotkały moje. Po
kilkunastu sekundach, które dłużyły się jak godziny, oderwał się ode
mnie i spojrzał mi w oczy. Pod jego spojrzeniem cały się zaczerwieniłem.
– Kocham
cię, Kasuki – wyszeptał prosto do mojego ucha.
– Wcale
nie! Nachlałeś się i gadasz głupoty - szybko odpowiedziałem, rumieniąc się
jeszcze mocniej. Spróbowałem go odepchnąć, ale na darmo.
– Ty
mnie nie kochasz, prawda Kasuki? – W jego głosie zabrzmiał wyraźny smutek.
Zamurowało mnie. Nie wiedziałem co powiedzieć. Zanim mój zalany alkoholem i
niezbyt sprawny mózg zdążył zareagować, znów zostałem pocałowany. Nie wiem, czy
to przez to, że za dużo wypiłem, czy przez coś innego, po prostu się
poddałem i odwzajemniłem pocałunek. Arikawa odsunął się zszokowany.
–
K-kasuki... – wyszeptał i lekko się zarumienił.
– Och,
cicho bądź – mruknąłem i sam przyciągnąłem go do siebie, łącząc nasze usta.
Zamknąłem oczy i cicho sapnąłem, gdy poczułem jak mnie obejmuje i przyciąga
bliżej. Powoli zaczynałem się w tym zatracać, ale wtedy on
przestał i wziął mnie na ręce. Zaskoczony wtuliłem się w jego tors.
Po
krótkiej „podróży” na jego rękach weszliśmy do sypialni, a ja zostałem rzucony
na łóżko. Arikawa zawisł nade mną i odgarnął mi włosy z twarzy.
–
Kasuki.... Mogę..? – wymruczał, muskając nosem moją szyję.
–
Możesz. – Zagryzłem wargę, kiedy
zostawił mi malinkę na szyi i zaczął ją pieścić ustami i językiem. Cicho
jęknąłem, gdy pozbawił mnie koszulki i zassał się na moim sutku, drugi
ściskając i skręcając w palcach. Schodził z pieszczotami coraz niżej, aż
do paska moich spodni. Parę sekund później skończyłem pod nim cały
zarumieniony, w samych bokserkach i z przyjemnym szumem w głowie. Arikawa
ściągnął z siebie koszulę, a ja miałem chwilę, by podziwiać jego umięśniony
tors. Później pochylił się nade mną i namiętnie pocałował. Zarzuciłem mu ręce
na kark i oplotłem jego biodra nogami. Uderzały we mnie fale gorąca, a na moje
czoło wystąpił pot, z resztą z Arikawą było podobnie. W pewnej chwili poczułem
jego język wślizgujący mi się do ust i splatający z moim. Zacząłem pojękiwać w
jego usta. W tamtej chwili nie zastanawiałem się nad ty, co wyprawiam
ani nad konsekwencjami tego czynu. Chciałem więcej. I nie omieszkałem go o
tym poinformować.
–
Ari-kawa... – wyszeptałem do jego ucha i podgryzłem je, mając nadzieję, że
odczyta intencje zawarte w tym geście. Odczytał aż za dobrze. Jego silne ręce
pozbawiły mnie bielizny, później ściągając z niego pozostałe ubrania. Skarpetki
też wylądowały gdzieś w kącie pokoju, obok reszty naszych rzeczy. Arikawa
rozłożył moje nogi i wszedł pomiędzy nie. Poczułem palce muskające
moje wejście i pełne pragnienia spojrzenie mężczyzny.
–
Kasuki, na pewno tego chcesz? – spytał, patrząc mi w oczy i ściskając w dłoni
mój pośladek.
–
T-tak... – wyjęczałem i zamknąłem oczy. Byłem tak rozpalony, że teraz myślałem
tylko o tym, że chcę go już poczuć w sobie. Wszystkie inne
instynkty się po prostu wyłączyły, został tylko jeden. Po dłuższej chwili
poczułem w sobie palce Arikawy. Zakryłem usta dłonią. Bolało. Zacząłem drżeć.
–
Rozluźnij się… – Usłyszałem czuły głos chłopaka. – Będzie mniej boleć.
Spróbowałem.
Z początku moje ciało się buntowało, ale po chwili udało mi się opanować
spinające się mięśnie. Faktycznie, uczucie rozrywania się zmniejszyło, za
to ta dziwna, trudna do określenia rozkosz nasiliła. Zdjąłem dłoń z ust i
zacisnąłem ją na pościeli. Po paru minutach Arikawa wyjął ze mnie swoje
palce. Głośny jęk niezadowolenia wyrwał się z moich ust.
– Nie
miałem pojęcia, że jesteś taki niecierpliwy. – Uśmiechnął się do mnie ciepło.
Ja też nie wiedziałem i, nie powiem, trochę mnie to zaskoczyło.
Czując, jak Arikawa wygodniej układa się między moimi nogami, zamknąłem oczy i
starałem się przygotować psychicznie na to, co za chwilę miało
nastąpić. Rozpychanie mnie palcami okazało się być niczym w porównaniu
z tym bólem, który odczułem, kiedy chłopak we mnie wszedł. Niemal zakrztusiłem
się własną śliną, a w moich oczach zebrały się łzy.
- Cicho...
Już dobrze. Wszedł cały, czujesz? – Dłonie Arikawy na przemian gładziły moje
włosy i dotykały ciało. Rumieniec powrócił na moje policzki, kiedy powoli
przyzwyczajałem się do tego nowego uczucia. Lekko wypiąłem
biodra w jego stronę i cicho jęknąłem. Gdy chłopak zaczął ruszać biodrami,
ja starałem się hamować te ”dziwne dźwięki”, które za wszelką cenę chciały
opuścić moje gardło. Na początku było dziwnie, ale w miarę upływu czasu robiło
się coraz przyjemniej. Nie byłem już w stanie powstrzymywać jęków, jednak wciąż
jeszcze walczyłem. Ostatkami sił, ale jednak.
– Nie
powstrzymuj się. Daj mi usłyszeć twój głos... – Jego język zaczął badać
wgłębienie w mojej szyi. Wtedy poddałem się i po prostu popłynąłem z prądem. Zacząłem
się na niego nabijać w rytm jego ruchów, powodując kilka zduszonych jęków
z jego strony. Ruszaliśmy się jak jedno ciało. Coraz mocniej zaciskałem
palce na prześcieradle. W pewnym momencie Arikawa pchnął we mnie głębiej, a
mnie przeszył jakiś dziwny dreszcz. Czułem się jakbym jednocześnie dostał czymś
twardym w głowę i został porażony prądem, ale to było... zaskakująco przyjemne.
Pod wpływem tego impulsu wygiąłem się w mocny łuk i bardzo głośno jęknąłem.
–
Tam...? – wysapał Arikawa i znów wraził się we mnie pod tym samym kątem,
powodując kolejny głośny jęk.
– Tak –
powiedziałem z trudem i opadłem na pościel. Było mi tak dobrze... Po paru
minutach jednostajnych pchnięć poczułem, że jestem blisko.
–
A-arikawa..! – Przycisnąłem go do siebie i oplotłem jego wąskie biodra nogami,
by był jak najbliżej mnie.
–
Wytrzymaj... Jeszcze trochę... Gha! - Czując rozlewającą się we mnie gorącą
ciecz, doszedłem z głośnym krzykiem. Chłopak poruszał się we mnie jeszcze
przez chwilę, po czym znieruchomiał. Zamknąłem oczy, gdy mnie opuszczał.
Poczułem, że kładzie się obok mnie i przykrywa nas kołdrą. Mimowolnie się w
niego wtuliłem. Ciepło rozlało się po moim sercu niczym miód, gdy Arikawa
otoczył mnie ramieniem i pocałował w czoło. Ostatnim co usłyszałem przed
zaśnięciem, był jego ciepły szept:
– Kocham
cię, Kasuki. Dobranoc.
sobota, 17 października 2015
Rozdział 3
"Cień ostrza"
Od spotkania z Erwinem nie mogłam się otrząsnąć z szoku. Chociaż teraz pewnie powinnam o nim mówić: "Dowódca Erwin"... Ja w Korpusie Zwiadowczym?! Wolne żarty! Przez skrzynię nie przeskoczę, a co dopiero przez tytana... Nawet ze sprzętem do 3DMG.
Poszłam zgaszona na stołówkę i usiadłam przy pierwszym lepszym pustym stole. Nawet nie wzięłam nic do jedzenia. Po prostu się wyłączyłam i pustym wzrokiem gapiłam się w blat. Nie zauważyłam, że wszyscy się na mnie patrzą i coś szepczą. W tej chwili byli na liście mniej ważnych problemów. Tak samo jak uporczywa grzywka co chwila wpadająca mi w oczy. Na ziemię przywróciło mnie szarpanie za rękaw bluzy. Już miałam powiedzieć temu irytującemu osobnikowi żeby się odwalił, bo właśnie przeżywam kryzys, kiedy spostrzegłam, że to Eren i w ostatniej chwili ugryzłam się w język.
- Co? - nawet nie siliłam się na uśmiech i słodkie słówka. W tej chwili, nawet nie wiem czemu, miałam ochotę komuś przywalić. Mocno. Hm...chyba coś jest ze mną nie tak. Tylko co?
- Chodź! Wszyscy chcą cię poznać!-uśmiechnął się do mnie. Cóż, najwyraźniej moja mina nie była dostatecznie nieprzyjazna by oddalić ode mnie widmo rozmowy z kimkolwiek... Z cichym westchnieniem wstałam ze swojego jakże przytulnego miejsca i ruszyłam za szatynem. Po krótkim "spacerze" dotarliśmy do stołu przy którym siedzieli wszyscy jego przyjaciele. I Jean. Zawsze zastanawiało mnie jakim cudem on i Eren potrafili przy posiłkach przebywać w odległości mniejszej niż dwa-trzy kilometry od siebie i się nie pobić. Zaskakujące co jedzenie potrafi zrobić z dorastającym żołnierzem. Chłopak przede mną zaczął nawijać kto jest kim (jakbym nie wiedziała...), a ja po prostu stałam i wodziłam po nich niezbyt radosnym wzrokiem. W pewnym momencie chyba odpłynęłam, bo nie usłyszałam jak ktoś mnie woła. Dopiero Armin mi to uświadomił. To była... Hanji. Nie potrafię powiedzieć dlaczego, ale ta kobieta dopiero teraz zaczęła mnie wkurzać. Podeszła do nas z taką miną, że miałam ochotę zacząć krzyczeć: "Jestem tylko człowiekiem! Tylko człowiekiem!"
* * *
Od mojego pamiętnego spotkania z DOWÓDCĄ Erwinem, minęły trzy tygodnie. Właściwie przeleciały. Nie miałam czasu na nic. Zoe wywalała mnie z łóżka o godzinie szóstej (jestem żywym potwierdzeniem teorii, że nienawidzisz tego kto cię budzi), zaganiała na stołówkę, skrócony trening (jeśli on był skrócony, to ja jestem święty Antonii) i lekcje z teorii. A potem dopadał mnie Levi. Chyba naprawdę za mną nie przepada, bo jak tylko miałam wolną chwilę albo akurat udało mi się wymknąć czujnemu oku Hanji, kazał mi sprzątać. Trzy razy sprzątać to samo miejsce. To chyba nie jest normalne. Na tę chwilę mogę nawet przytoczyć dowód jego całkowitego braku sympatii do mojej osoby. Chyba że w sztuce ukrywania myśli i uczuć osiągnął tak wysoki poziom, że nie okazuje ich prawie nikomu. Obie opcje są dosyć...prawdopodobne.
Kilka dni temu, po męczarniach zgotowanych mi przez maniaczkę tytanów, padłam zmęczona na łóżko, cicho w nie złorzecząc. Zamknęłam oczy i zasłoniłam je przedramieniem, ciesząc się tą ulotną chwilą wolności, gdy przypomniałam sobie o Kapralu. W jednej sekundzie byłam na nogach i rozglądałam się gorączkowo za dobrą kryjówką. Nie miałam ani krzty ochoty na ponowne spotkanie z jakże już znienawidzonymi szczotką, zmiotką i płynem do mycia okien. Wtedy wpadłam na pewien pomysł. Szybko spakowałam najpotrzebniejsze rzeczy, porwałam kompas i oświadczyłam wychodząc:
~ Hanji, wyprowadzam się na biegun północny.
~ A gdzie to?
~ Tam ~ wskazałam kierunek. ~ Oż ty w życiu... Cofam to, na południowy! Albo wiesz co? Na równik ~ z tymi słowami na ustach odwróciłam się i oparłam rękę o biodro. ~Teraz pozostaje pytanie: wolę Levi'a ze szczotką i szmatą do kurzu czy bandę rozwścieczonych, dzikich zwierząt chcących mnie pożreć..? ~ zastanowiłam się chwilę. ~ Zdecydowanie to drugie! ~ ruszyłam nie patrząc przed siebie i na kogoś wpadłam. Tym kimś okazał być się nie kto inny, jak Kapral.
~ Właśnie sobie przesrałaś, bachorze ~ ton jego głosu i chęć mordu w oczach upewniły mnie, że nie żartuje. Resztę tego dnia spędziłam na gorączkowym sprzątaniu i unikaniu jakiegokolwiek kontaktu z tym jakże miłym i przyjaznym pedantem.
* * *
Z każdym dniem w oddziale coraz głośniej było o nadchodzącej wyprawie za mury. Ekipa kaprala jeszcze żyje, więc podejrzewam że to ta o której opowiada SnK. Kobieta tytan, te sprawy... Podobno ja też mam jechać. Ciekawe jakie szanse mam na przeżycie... Pewnie znikome, nie ukrywajmy, z moim talentem do ściągania na siebie pecha, pewnie wyląduję na prawym, całkowicie na ekspedycji rozgromionym, skrzydle. Więc policzmy. Najpierw spadłam na głowę Erena z całkiem sporej wysokości i powinnam dziękować Bogu, że jeszcze nie zostałam przerobiona na placek, szaszłyk, czy co kto tam chce. Później przez prawie cały mój pobyt tutaj unikałam śmierci z rąk Levi'a i "baby". No i teraz za mury. Hura, pora ginąć! Po raz...któryśtam!
* * *
Nastał dzień wyprawy. Albo, mówiąc prościej, mojego odejścia z tego świata. W sumie to nie pamiętam przygotowań. Ocknęłam się dopiero, gdy Erwin obwieścił rozpoczęcie ekspedycji. Albo raczej wywrzeszczał. Zaczynamy podróż do piekła! Zdecydowanie wolę cały dzień matmy.
- Przejść do formacji rozpoznania! - rozkaz rozniósł się po pustej przestrzeni. I teraz, znaczy wczoraj, dosłownie spadłam z krzesła. Levi chyba też, tylko że mentalnie. Bo, uwaga, uwaga, nasz ukochany dowódca postanowił wepchnąć mnie do oddziału Kaprala. Powiedział, zacytuję: "I nie ma żadnych ale." Ja miałam kilka obiekcji, chociażby to, że nie nadaję się na elitarnego żołnierza. Jednak w głębi duszy się cieszyłam. Będę w najbezpieczniejszym miejscu najniebezpieczniejszego miejsca na świecie, kto by się nie cieszył?
Jechałam obok Erena i w sumie nie narzekałam. Na razie było w miarę spokojnie, tylko od czasu do czasu przyjeżdżał żołnierz z jakimś raportem. Po paru minutach dalszej jazdy na horyzoncie zamajaczył tytan. Biegł prosto na nas, stopniowo zwiększając prędkość. Na rozkaz Levi'a Petra wystrzeliła racę, jednak nawet dla mnie oczywistym było, że informacja nie dotrze do dowódcy na czas, musieliśmy walczyć. Czas znów zwolnił, inaczej niż na treningach. Domyślałam się, że moje prawe oko znów zaczęło jarzyć się tym nienaturalnym, czerwonym blaskiem. Reszta chyba to zauważyła, bo zaczęła wpatrywać się we mnie z lekkim niepokojem.
- Odległość ok. 20 metrów, wysokość prawie 15 - myśl w mojej głowie pojawiła się i rozbrzmiewała jak uderzenia bębna.
- Aki, co zamierzasz.. - Eren nie zdążył dokończyć zdania, bo w tym momencie poddałam się instynktowi i wystrzeliłam linkę, bezbłędnie trafiając w ramię olbrzyma. Przyciągnęłam się do niego i zanim ktokolwiek zareagował, błyskawicznie go zabiłam. Wróciłam na konia i w milczeniu dogoniłam oddział.
- Kadecie, co to kurwa było?! - Levi wydarł się na mnie i rzucił mi spojrzenie pod którym każdy by się ugiął. Tyle że dziwnym trafem ja nie.
- Zlikwidowanie zagrożenia. To było oczywiste, że informacja nie dotrze do Erwina na czas i nie zdąży on wydać rozkazu dotyczącego zmiany kierunku - odparłam dziwnie zimnym i nieswoim głosem. -Nawet ja zdaję sobie z tego sprawę. Nie jestem aż tak głupia, za jaką mnie masz - odwzajemniłam jego zimne spojrzenie i obojętnym wzrokiem zaczęłam przeszukiwać horyzont. Chwilę po tym przygalopował do nas żołnierz z informacją dotyczącą prawego skrzydła. Nie zdziwiła mnie ona za bardzo, bo wszystko to wiedziałam, widziałam na ekranie. Mój wzrok nie zmienił się ani trochę. Czułam na sobie zaniepokojone spojrzenia członków oddziału Levi'a.
- Niedługo pojawi się tytanka, a wtedy rozpęta się prawdziwe piekło... - zacisnęłam palce na wodzy i wypatrywałam jej. - Chodź tu i spróbuj. Zatańczymy, Annie.
~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~
Ohayo ^^
Oto 3 rozdział opowiadania już z tytułem! Na pomysł wpadłam jakiś czas temu, ale w życie wprowadziłam go dopiero teraz. Mondrość by Aksune! I nie myślcie sobie, że ten błąd to przez przypadek, o nie, tak dobrze nie ma... xD
Oto 3 rozdział opowiadania już z tytułem! Na pomysł wpadłam jakiś czas temu, ale w życie wprowadziłam go dopiero teraz. Mondrość by Aksune! I nie myślcie sobie, że ten błąd to przez przypadek, o nie, tak dobrze nie ma... xD
Pozdrawiam
Aksune
piątek, 16 października 2015
Levi x Eren Two-shot cz. 1
Zobaczył siebie. Z pociętymi nadgarstkami, załzawionymi oczami, klęczącego przy swoim łóżku. I tego chłopaka z parą szmaragdów zamiast tęczówek. On też płakał. Krzyczał, widząc powoli słabnące ciało czarnowłosego. Szok, ból, histeria. Levi nie rozumiał, dlaczego widzi to wszystko jakby z zewnątrz, jak trzecia osoba. Czuł tylko jak stopniowo opuszczają go siły, jakby on sam, razem ze swoją ziemską powłoką powoli umierał. Chciał podejść do obejmującej go postaci, dotknąć, uspokoić, powiedzieć, że wszystko będzie dobrze. Ale nie mógł się ruszyć, trzymany w miejscu przez jakąś niewidzialną siłę. Nie mógł wydobyć z siebie głosu. I wtedy usłyszał najpierw krzyk, a potem szept:
Kocham cię, Levi...
I wszystko zakryła ciemność.
* * *
Zerwał się z łóżka ciężko dysząc. Odruchowo spojrzał na jego prawą stronę, sprawdzając czy sen nie okazał się prawdą. Zobaczył nagie plecy i czekoladowe włosy tego ukochanego bachora. Z westchnieniem opadł na pościel, obejmując go w nagłym napadzie czułości. Słyszał jego spokojny oddech, czuł ciepło jego skóry. Powoli zaczął sobie uświadamiać, że...płacze. Ciche łzy spływały mu po policzkach i skapywały na kołdrę i ciało, które obejmował, budząc je ze snu. Chłopak odwrócił się w stronę mężczyzny, przecierając przy tym oczy.
Co się stało, Levi-san? Dlaczego płaczesz?
Starszy odgarnął mu włosy z twarzy, spojrzał na niego poważnie i cicho odpowiedział, choć ten szept w ciszy nocy zabrzmiał jak krzyk. Odpowiedział, a w jego oczach odbiło się coś dziwnego, jakby widział tylko tę najpiękniejszą dla niego postać. Postać, która ocaliła go od upadku. Anioła, którego białe skrzydła zdawały się chronić przed wszystkim.
Ja też cię kocham, Eren.
~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~
Witam Was, kochani czytelnicy. Przepraszam za tak długą przerwę w dodawaniu postów. Żeby to wynagrodzić, daję wam na tacy krótki (ale w miarę treściwy - oby) one-shot z Levi'em i Erenem w rolach głównych. Mam nadzieję, że dało się przez niego przejść bez większych strat w ludziach. Planuję (ale nie wiem jak to wyjdzie) albo niedługo skończyć i wstawić kolejny rozdział opowiadania, albo zacząć jeszcze jedno z tą parką + kilka shotów. Powiedzielibyście mi w komentarzach co wolicie?
Aksune
Aksune
piątek, 18 września 2015
Rozdział 2
"Cień ostrza"
Zerwałam się z krzykiem z łóżka. Ciężko dyszałam jak po przebiegnięciu maratonu. Serce waliło mi niczym młot.
- To był tylko poryty sen - opadłam z westchnieniem na poduszki. Zamknęłam oczy i już zaczynałam się uspokajać, gdy...
- Co było tylko porytym snem? - usłyszałam głęboki, męski głos. Zamarłam. Miałam wrażenie, że lodowate palce zaciskają mi się na sercu. Otworzyłam szeroko oczy i gwałtownie obróciłam się w stronę źródła dźwięku. W drzwiach małego, stosunkowo ciemnego pokoiku, bo apartamentem go nie nazwę, stała trójka ludzi: niski, czarnowłosy mężczyzna o niezbyt radosnym wyrazie twarzy i zimnych, kobaltowych oczach, średniego wzrostu okularnica z brązowymi włosami, która wyglądała jakby zobaczyła co najmniej jakieś ciacho bez koszulki oraz chłopak o czekoladowych włosach i parze dużych, pięknych, zielonych oczu, przypatrujących mi się z zainteresowaniem. Instynktownie odskoczyłam w stronę ściany. Przylgnęłam do niej i skuliłam się w sobie. Z każdą chwilą moje oczy robiły się coraz większe i bardziej przerażone.
- C-co? - pisnęłam cicho. Mój zaspany umysł jeszcze nie do końca przetwarzał wszystko co się działo, a mimo to miałam wrażenie, że skądś znam tych ludzi. "Dziwne" - pomyślałam. - "Gdzie ja ich widziałam?"
- Zadałem ci pytanie - niski mężczyzna robił się coraz bardziej zirytowany.
- Oj Levi, nie bądź taki wredny - okularnica zaśmiała się w taki sposób, że przeszły mnie dreszcze. - Dopiero się obudziła, odpuść jej trochę - czarnowłosy odburknął coś w stylu: "Głupie babsko" i wyszedł. Za to "babsko" wręcz przeciwnie, zaczęło podchodzić coraz bliżej.
- Jestem Hanji, a ty? - jej twarz znów przeciął uśmiech. Dziwnie znajomy uśmiech. - Eren, chodź tu - zawołała chłopaka, dalej stojącego w drzwiach z dość niepewną miną. Podszedł i nieśmiało zaczął:
- Cześć, jestem Eren. Jeśli cię wtedy przestraszyłem to przepraszam! Ale nie do końca wiem skąd się wzięłaś na mojej głowie... - podrapał się nerwowo po karku.
- Na twojej głowie?... - powiedziałam zdziwiona. - Eren - mój głos przeszedł w szept. W tym momencie przypomniałam sobie skąd ich wszystkich znam. Miałam ochotę sobie mocno przywalić za to, że wcześniej się nie zorientowałam kto to jest. Ich nie można tak po prostu zapomnieć! Pacnęłam się w czoło ręką. Czy to nie dziwne, że jestem jednocześnie szczęśliwa i chce mi się płakać?
- No tak. Na głowie Erena w formie tytana... Dzięki za uratowanie tyłka, czy coś w tym stylu - spojrzałam na ich miny. Bezcenne.
- Co robiłaś za murami? - zaciekawiony chłopak usiadł na łóżku. - To trochę dziwne, że taka dziewczyna jak ty znalazła się sama w miejscu pełnym tych potworów. No i dalej nie znam twojego imienia.
- Jestem Aki - uśmiechnęłam się. - Co do twojego pytania, to tak szczerze... - spoczęły na mnie dwa spojrzenia pełne nadziei. - ...nie mam pojęcia - dokończyłam. - Jak zwykle położyłam się spać i nagle BUM!!! spadam na twoją głowę - a tak poza tym, to wiem kim jesteś, naczytałam się tylu opowiadań z tobą i Levisiem, że zaczynam się bać o stan mojej psychiki, uzależniłam się od twojej historii... Wiesz, tak jak każdy normalny fan SnK. Hmm... Jak to teraz przemyślałam, to cieszę się, że nie wystrzeliłam z czymś takim. Wolę nie wiedzieć jak zareagowałby, gdyby się dowiedział, że jakaś obca dziewczyna wie o nim (i całym tym miejscu) dużo więcej niż sobie wyobraża... No a poza tym nasza kochana Zoe mogłaby przerobić mnie na przysłowiowy pasztet (ech te eksperymenty...) Zawsze chciałam skończyć jako mielonka.
Spojrzałam niepewnie na Hanji. Właśnie miałam się jej spytać co jej jest, bo zdrowo nie wyglądała, ale zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, ona zerwała się i krzycząc coś o niesamowitym zdarzeniu, badaniach i notatkach wybiegła z pokoju, przy okazji doprowadzając mnie do stanu, powszechnie zwanego zawałem.
- Emm... - spojrzałam na siebie i dopiero teraz uświadomiłam sobie, że nie mam na sobie swoich rzeczy, tylko jakiś biały podkoszulek i czarne bokserki. "To przecież nie jest nawet moja pidżama!" Lekko się zarumieniłam, no bo przecież Eren i Levi widzieli mnie w takim stanie! A ten pierwszy chyba się na mnie gapi. Nie żeby to mi przeszkadzało, utrudniało koncentrację, czy coś. Skądże, w żadnym wypadku. - Wiesz może gdzie są moje ubrania? I kto mnie przebierał? - zaczerwieniłam się mocniej. Zerknęłam niepewnie w jego stronę. Dalej się gapi. I do tego rumieni. WTF?! O co ci chodzi?! Mam coś na twarzy?! Jestem brudna?!
- Chy-chyba Hanji. A twoje rzeczy powinny gdzieś tu być. Poszukam ich - odwrócił wzrok, wstał i zaczął przeszukiwać pokój. "Urocze..." - uśmiechnęłam się w duchu.
- A może po prostu przyniesiesz jakiś mundur żebym miała coś na sobie, a moich ubrań poszukamy razem? Bo wiesz, czuję się trochę niezręcznie...
* * *
I tym jakże ambitnym i mądrym sposobem dostałam mundur, niestety bez sprzętu do trójwymiarowego, ale to jakoś będę musiała przeżyć. Grunt że nie latałam już w samych gatkach, w dodatku nie moich, i przydużej podkoszulce. Nie zniosłabym więcej tych dziwnych, ukradkowych spojrzeń rzucanych mi co chwilę przez Erena.
A, i znaleźliśmy moje ubrania. I okulary. Nie chodzi o to, że mam jakąś wielką wadę, czy coś. Po prostu los postanowił sobie ze mnie zakpić ponownie i oprócz genialnego imienia i nazwiska obdarzył mnie oczami o różnych kolorach. Lewe jest błękitne jak jezioro, a prawe czerwone jak ogień (wyobraźcie sobie zestawienie oczu Rina i Haruki) Nie wiem czemu. Tak samo jak nie wiem, czemu kiedyś nauczycielka nazwała mnie "demonem". Przykleiła łatkę i od tamtej pory, jak ktoś chce mnie dobić, mówi o mnie "demon". Uroczo, nie? Cóż, przynajmniej włosy mam normalne, brązowe, a nie na przykład niebieskie.
Wracając, kiedy założyłam okulary, Eren zaproponował, że mnie oprowadzi. Oczywiście się zgodziłam. Z czystej grzeczności (jakby ktoś w to uwierzył). Po dogłębnym zwiedzeniu zamku, łącznie z pokojem mojego przewodnika, wyszliśmy na dwór. Zgadnijcie kogo spotkaliśmy w stajni!
- Cześć Końska Twarz - powiedział Eren. Uśmiechnął się wrednie i czekał na jego reakcję. Jean, sądząc po jego minie nieźle się wkurzył (co było do przewidzenia) i odwrócił się.
- Ty gno~ - zamilkł w pół słowa i zamarł. Po chwili lekko się zarumienił. "Nosz kolejny!" - pomyślałam z irytacją. - Cz-cześć - wymamrotał i wyszedł.
- Tak, stajnie faktycznie są fascynujące. Możemy przejść dalej? - spytałam z sarkastyczną nutą w głosie.
- Jasne - chłopak uśmiechnął się do mnie szeroko. - Chodźmy na plac treningowy.
Kiedy dotarliśmy na miejsce, ujrzeliśmy iście uroczy obrazek. Levi stał na boku w pełnym mundurze, z obnażonymi mieczami i zamęczał swoja drużynę ćwiczeniami manewru trójwymiarowego i walki wręcz. Tak więc jedna część ekipy jebała się (przepraszam) z linkami, a druga kopała się po tyłkach wydając okrzyki bojowe. Mimowolnie się uśmiechnęłam.
- Hej, ludzie! - krzyknął Eren. Mimo, że jest uroczy i w ogóle, to w tym momencie miałam ochotę go zabić. Tu i teraz. Chyba zbyt mocno to okazałam (bo w końcu nikt nie zauważy morderczego spojrzenia), bo kiedy wszyscy na mnie spojrzeli to prawie się wzdrygnęli. Nawet Levi. Cóż, po prostu trzeba mieć talent. Albo być mną.
- Eren - kapral, wnioskując po tonie jego głosu, był mocno niezadowolony. - Po co żeś ją tu przywlókł?
- A co, przeszkadzam w czymś? Przecież ja tylko stoję - wypaliłam. Chyba popełniłam błąd, bo trenujący ludzie przerwali i spojrzeli na mnie z mieszaniną grozy i zdziwienia. Ajć.
- Skoro tylko stoisz, to coś zrób - wysyczał Levi. - Potrenujesz walkę wręcz z Erenem - dokończył i wrócił do wcześniej porzuconego zajęcia. Chyba mnie nie polubi.
Zostawił nas z minami a'la "Chyba sobie kpisz?!". Chcąc nie chcąc ustawiliśmy się w pozycjach "bojowych". Prawie cały oddział się na mnie gapił. NIENAWIDZĘ być w centrum uwagi. Westchnęłam i skupiłam swoją uwagę na chłopaku przede mną. To będzie bolało. Cholernie bolało. Ruszył do ataku, a dla mnie czas zwolnił. Wszystko widziałam zaskakująco wyraźnie. Każdy szczegół był ostry niemalże do bólu. Moje ciało zareagowało zanim zdążyłam pomyśleć cokolwiek. Unik, cios w plecy, zablokowanie ruchów. Kątem oka zobaczyłam szok na twarzach Zwiadowców. Gdy zwróciłam twarz w stronę kałuży, ja też zamarłam w niemym zdziwieniu. Moje prawe, czerwone oko płonęło. Nie błyszczało, ono wręcz płonęło. Powróciłam na ziemię, gdy Eren uderzył w grunt trzy razy. Puściłam go i pomogłam wstać.
- Przepraszam. Nie chciałam zrobić ci krzywdy - z zakłopotaniem odgarnęłam włosy za ucho.
- Nic się nie stało - uśmiechnął się. - Ale...jak to zrobiłaś? - spojrzał na mnie podekscytowany. - Byłaś taka szybka! Poza tym, tylko Mikasa i kapral Levi potrafią zablokować ten ruch.
- Chyba działałam instynktownie. Moje ciało ruszało się samo...
* * *
Następnego dnia do mojego "apartamentu" wparowała Hanji. Chyba nie muszę dodawać, że o nieludzkiej godzinie, którą była szósta cztery. Zerwała ze mnie kołdrę, brutalnie mnie tym budząc i informując mnie, że dowódca chce mnie widzieć. Tak więc zwlokłam się z łóżka i powłócząc nogami niczym stereotypowy zombie, ubrałam się w swoją czarną bluzę i granatowe dżinsy. Nie wiem skąd ta kobieta bierze te ogromne pokłady energii, bo pomimo wczesnej pory, nadawała jak najęta o niesamowitości całej tej sytuacji i o tym, jak bardzo chciałaby mnie zbadać. Na samą myśl o jej "badaniach" przeszły mi ciarki po plecach. Po kilku minutach tego uciążliwego marszu, dotarłyśmy do gabinetu Erwina. Hanji otworzyła przede mną drzwi i poszła. Niepewnie zrobiłam kilka kroków i weszłam do środka, zamykając za sobą drzwi. W gabinecie spotkała mnie para lodowato niebieskich oczu.
- Aki, tak? Siadaj. Witamy cię na szkoleniu na Zwiadowcę.
--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Witam w drugim rozdziale opowiadania (jeszcze) bez tytułu ^^ Mam nadzieję, że się podobało i że zostaniecie na blogu z moimi wypocinami. Strasznie przepraszam za prawie tygodniową nieobecność, ale nowa szkoła, klasa i wstawanie o szóstej trzydzieści nie pomagają w rozwijaniu się twórczo. To by było na tyle jeśli chodzi o moją szalenie wyczerpującą wypowiedź, tak więc niczym Levi-przestępca odpalę sprzęt do trójwymiarowego i się rozpłynę. Widzimy się w następnym rozdziale :)
Aksune
sobota, 12 września 2015
Rozdział 1
"Cień ostrza"
[EDIT: 25.03.2018]
Aki wyszedł z domu, idąc za trzymającym go za rękę ojcem. Nie do końca rozumiał, dlaczego jego mama płakała, ale wiedział, że mu się to nie podobało. W końcu jego mama była dużo ładniejsza, gdy się uśmiechała, a on czuł się wtedy szczęśliwszy. Jego ojciec również wyglądał na zmartwionego, jakby zaraz miał oddać coś wyjątkowo cennego. Pięciolatek wyciągał przed siebie swoje krótkie nóżki, próbując nadążyć za ojcem, który ściskał w dłoni plik jakiś papierów.
Aki wyszedł z domu, idąc za trzymającym go za rękę ojcem. Nie do końca rozumiał, dlaczego jego mama płakała, ale wiedział, że mu się to nie podobało. W końcu jego mama była dużo ładniejsza, gdy się uśmiechała, a on czuł się wtedy szczęśliwszy. Jego ojciec również wyglądał na zmartwionego, jakby zaraz miał oddać coś wyjątkowo cennego. Pięciolatek wyciągał przed siebie swoje krótkie nóżki, próbując nadążyć za ojcem, który ściskał w dłoni plik jakiś papierów.
– Gdzie idziemy, tato? – spytał mały, łypiąc na mężczyznę
spod długich rzęs.
– Na targ za Murem Sina – odparł krótko ojciec, starając się
nie patrzeć na swoje jedyne dziecko.
◈◈◈
– Nie, Shiro, nie zgadzam się!
Aki zajrzał do kuchni przez szparę w drzwiach, ciekawy,
dlaczego jego rodzice krzyczeli od dłuższego czasu. Bał się, że jego ojciec
zaczął bić mamę, tak samo jak ojciec Svena. Aki pamiętał, jak Sven ze łzami w
oczach opowiadał mu o tym, jak bardzo nie cierpi „ten podłej świni” za to, jak
oszpecał śliczną twarz jego matki. Chłopiec nie miał pojęcia, dlaczego ktoś
miałby bić czyjąkolwiek matkę, ale nie mógł dopuścić, by twarz jego mamy też
została „oszpecona” – cokolwiek to znaczyło.
–Kokona, dobrze wiesz, że to jedyne wyjście! – Shion opadł
na krzesło, jakby opuściły go wszelkie siły. – Nie stać nas na jedzenie dla
naszej dwójki, a co dopiero dla niego. Nie będziemy w stanie zapewnić mu
godziwych warunków. Nie, kiedy wszędzie zaczyna panować głód!
– A myślisz, że jak zostanie niewolnikiem, to będzie miał te
twoje „godziwe warunki”?!
Aki słyszał już kiedyś to słowo. „Niewolnik” nie brzmiał
ładnie, więc jak na razie zgadzał się z mamą – jeśli rodzice rozmawiali o nim,
to on stanowczo twierdził, że nie miał ochoty na zostanie żadnym niewolnikiem.
– Przynajmniej będzie miał co jeść i gdzie spać. Pomyśl o
tym, Kokona. Pewnie niedługo nas stąd wysiedlą, żeby zrobić miejsce dla
bogatszych mieszkańców okolicznych wiosek. Nikogo nie będzie obchodzić, że nas
ich zasrana zerwana tama nie dotyczy i że to jest nasz dom. Ich wszystkich –
wycedził Shiro z obrzydzeniem w głosie – będzie obchodzić tylko to, że tamci
mają więcej pieniędzy od nas.
– Nikomu nie oddam mojego dziecka! – lamentowała kobieta.
Teraz Aki był już pewien, że chodziło o niego. Nie spodobało
mu się to, ale na wieść o zerwanej tamie jeszcze bardziej nadstawił uszu. Na
podwórku żadne dziecko jeszcze o tym nie wiedziało, mógłby ich wszystkich
powiadomić!
– Kokona… – Shiro wstał od stołu i przygarnął do siebie
szlochającą żonę. – Wiesz, że ja też nie chcę nikomu oddawać naszego skarbu,
ale tak będzie lepiej. Przy odrobinie szczęścia trafi na jakiegoś porządnego
człowieka, który go będzie traktował jak własnego syna, a nam sypnie się trochę
grosza. Obiecuję ci, że po wszystkim dowiem się, kto go dostał. Odłożymy część
pieniędzy, które za niego dostaniemy i odkupimy go, jak ogarną ten bajzel.
– Nie, nie, nie… – szeptała Kokona, ściskając w dłoniach
naddartą koszulę męża.
Aki, teraz dobrze widząc łzy mamy, postanowił wkroczyć do
akcji. Przetarł oczy piąstką i ziewnął, pchając drzwi, które otworzyły się z głośnym
skrzypnięciem.
– Aki, dlaczego nie śpisz? – Shiro zmarszczył groźnie brwi,
ale Kokona wyrwała się z jego objęć i przypadła do chłopca.
– Aki, moje kochanie…! – Po policzkach kobiety płynęły słone
łzy, a Aki z uporem ścierał każdą z nich.
◈◈◈
– To super, tato! Wiedziałeś, że mają tam teraz takie ładne
pluszaki?
– Naprawdę?
– Tak! Patrick mi mówił. On dostał jednego. Takiego dużego
konia! – zawołał Aki, żywo gestykulując wolną ręką. – Tato, kupisz mi jednego?
– Zobaczymy, Aki, zobaczymy – burknął po nosem Shiro,
wchodząc w tłum ludzi, którzy czekali na statek płynący za Mur Sina. –
Pamiętaj, żeby się mnie teraz mocno trzymać, rozumiesz? Nie możesz się zgubić.
– Przecież wiem. – Chłopiec wywrócił oczami, ale mimo to
mocniej ścisnął dłoń ojca.
Po ulicy rozległ się szum rozmów, gdy w oddali pojawiła się
barka. Kilkadziesiąt butów zastukało o brukowany chodnik, gdy statek zatrzymał
się przy brzegu. Rozpoczęła się walka o miejsce. Na pokład wchodzili tylko ci,
którzy zdążyli się na niego wcisnąć. Płacono mężczyźnie, który schodził na ląd
i stawał tuż obok jedynego wejścia. Jego czujne oko obserwowało wszystkich.
Tym, którym wydawało się, że mogą przejść bez biletu, zawsze stawiano ultimatum
– albo płacisz, albo wypad. Czasem ktoś zuchwale wybierał tę drugą opcję. Dostępował
wtedy wątpliwego zaszczytu wykąpania się w zimnych wodach brudnej rzeki.
Aki przecisnął się przez tłum, prowadzony przez ojca. Obaj
należeli do grupy szczęśliwców, którym udało się wejść na czas. Reszta musiała
czekać na następny kurs. Ludzie wciąż tłoczyli się przy brzegu. Z wielu gardeł
wydarł się jęk zawodu, gdy barka ruszyła, zostawiając ich za sobą.
◈◈◈
– Gdzie idziemy najpierw? – spytał Aki, z zaciekawieniem
rozglądając się po ogromnym placu targowym. Uparcie szukał stoiska z zabawkami,
żeby namówić ojca na kupno pluszaka.
Shiro nie odpowiedział, tylko ruszył w głąb placu. Chłopiec
próbował zaciągnąć mężczyznę do upatrzonego przez siebie stoiska, ale Shiro
minął je, nie poświęcając mu wiele uwagi. Zacisnął wargi, ignorując wołanie dziecka.
Zatrzymał się dopiero przed namiotem handlarzy niewolników.
– Synu – zaczął, klękając przed Akim – pamiętaj, że nieważne
co się stanie, ja i matka bardzo cię kochamy, rozumiesz? Znajdziemy cię i
wrócimy razem do domu, ale teraz musisz tu zostać, dobrze? U nas źle się dzieje
i rodzice nie mogą pozwolić, żebyś przymierał głodem, dlatego oddamy cię do
jakiegoś miłego pana albo pani. Jeżeli uda ci się wyjść samemu, postaraj się
wrócić do nas.
– Dlaczego mówisz takie rzeczy? Tato? – spytał Aki, gdy
Shiro wciągnął go do namiotu.
W twarz chłopca buchnął zapach potu i spleśniałych owoców.
Aki skrzywił się i zasłonił twarz dłonią. Co chwila pociągał za rękaw koszuli
ojca, ale ten nie reagował. Zaniepokojone dziecko rozglądało się po dusznym
wnętrzu. Dłużej przyglądało się dwójce innych dzieci, które siedziały na zimnym
bruku. Na ich szyjach wisiały obroże. Biegł od nich łańcuch przytwierdzony do
wysokiego słupka z mnóstwem haczyków. To pewnie są ci niewolnicy, pomyślał Aki.
Ale jeżeli tak, to co my tu robimy?
– Tato? – pisnął cicho, gdy zatrzymali się przed biurkiem.
Za blatem siedział brzydki, gruby mężczyzna, który w najlepsze siorbał wino z
dużego dzbanka.
– Przepraszam – powiedział Shiro.
Kupiec zerknął na niego znad trunku.
– Czego?
– Chciałbym… sprzedać to dziecko. – Mężczyzna wskazał na
trzęsącego się Akiego, który z chwili na chwilę był coraz bardziej przerażony.
– To chłopiec czy dziewczynka? – spytał kupiec, mierząc
Akiego wzrokiem.
– Chłopiec. Tu są wszystkie jego dokumenty – odparł Shiro i
podsunął grubasowi plik kartek.
Wąsacz mruczał coś pod nosem, przeglądając papiery.
Wybałuszył oczy, kiedy dotarł do informacji o pochodzeniu dziecka.
– Czysta azjatycka krew? Nie wkręcasz mnie pan?
– Zapewniam, że nie. Osobiście znam jego rodziców.
– Tato… – znów zawołał Aki, czując, że zbiera mu się na
płacz. Ojciec przecież nie mógł go tak po prostu zostawić! A co z mamą? Co z
kolegami z podwórka i tą pyszną potrawką, która co niedzielę była na obiad?
– Rozumiem, rozumiem… – westchnął wąsacz i wstał zza biurka.
Ledwo wytoczył się z ciasnej przestrzeni i, dysząc, ukucnął przed Akim. Mocno
chwycił jego podbródek i zaczął kręcić jego głową na wszystkie strony, aż
chłopca rozbolała szyja. – Całkiem ładniutki. Dam panu za niego jakieś…
Piętnaście srebrników.
– Słucham? Przecież na pewno jest wart więcej!
– Czternaście. Chcesz pan się kłócić dalej? Ja tak mogę cały
dzień.
Shiro zacisnął palce na dłoni syna. Aki zauważył, jak żyła na
szyi ojca drga.
– Niech będzie to piętnaście – wycedził Shiro.
– Przyjemnie się robi z panem interesy. – Kupiec uśmiechnął
się i wrócił za biurko. Otworzył szufladę, z której wyjął niewielką sakiewkę i
szeroką, posrebrzaną obrożę. – Dla ładnego towaru musi być ładne opakowanie –
stwierdził i wręczył Shiro sakiewkę. – Masz pan i do widzenia.
Shiro jeszcze raz pochylił się nad synem i przycisnął go do
siebie, tak jak Kokona ostatniego wieczora.
– Wrócę po ciebie, Aki. Nawet, jeśli to będzie ostatnia
rzecz, jaką będę mógł zrobić w życiu. Obiecuję. – Niechętnie puścił chłopca i
wstał z zimnego bruku. – Do widzenia – zwrócił się do kupca i wyszedł z
namiotu, patrząc przez ramię na swoje dziecko.
– Tato – chlipnął Aki, gdy tłuste paluchy kupca zapięły mu
na szyi lśniącą obrożę.
– Dostanę za ciebie krocie, mój ty klejnociku – zanucił
grubas i przypiął chłopca do palika, tuż obok innych dzieci. – A teraz siedź tu
grzecznie, aukcja już niedługo się zacznie!
◈◈◈
Aki trząsł się jak osika. Czuł na sobie spojrzenia tych
wszystkich ludzi – zupełnie, jakby oceniali wygląd szynki u rzeźnika. Za nim
stał kupiec i trzymał w ręku cztery grube łańcuchy. Oprócz Akiego i dwójki
dzieci, która siedziała już w namiocie, gdy ojciec go tam przyprowadził,
przyszła jeszcze jedna drobna dziewczynka. Ciekawe, czy ich też oddali rodzice,
pomyślał smutno chłopiec.
– Panie i panowie! Dzisiaj mam wam do zaoferowania tę
czwórkę ślicznych dzieci! Po mojej lewej widzą państwo bliźniaki, dwójkę
chłopców! Czyż nie są rozkoszni? Sprzedaję ich w zestawie – albo razem, albo
wcale. Wiedzą państwo, nawet w tym biznesie trzeba mieć trochę serca –
zażartował kupiec. – Cena – dwie złote monety! – Pod podium rozległ się szum. –
Słucham, pani kochana? Nie, już mówiłem, nie sprzedam jednego za jedną monetę,
szanujmy się!
Bliźniaki również się trzęsły. Przylgnęły do siebie i
trzymały, jakby zależały od tego ich życia. Wczepiały drobne palce w swoje ubrania
i włosy, żeby na pewno się nie puścić. W oczach jednego z bliźniąt Aki
dostrzegł wrogość i upór – domyślał się, że on nie da skrzywdzić swojego brata.
– No, drodzy państwo, naprawdę nikt z was nie chce tej
dwójki? Spójrzcie na nich, jak się w siebie wczepiają! Trochę treningu i można
z nich zrobić świetnych służących. Jestem pewien, że pańskie żony i sąsiadki
będą nimi zachwycone.
Chwilę później ktoś zdecydował się na kupno. Pierwsza dwójka
zeszła z podestu, odprowadzona przez żandarma. Kupiec wyglądał, jakby był w
swoim żywiole. Promieniał, w myślach gratulując sobie udanej transakcji.
– A teraz ta blond piękność! Spójrzcie państwo na te włosy,
na te oczy! Toż to anioł, który zstąpił na naszą plugawą ziemię! Służąca jak
się patrzy! A może nawet coś więcej. – Grubas puścił oczko w stronę swojej
„publiczności”, a dziewczynka stłumiła szloch.
Aki poczuł, że robi mu się żal drobnej ślicznotki.
Dziewczynkę sprzedano prawie od razu. Kupił ją jakiś
podstarzały mężczyzna, który wyglądał, jakby miał więcej kasy niż rozumu. Tak
przynajmniej podsumowałby go mój tata, pomyślał Aki. Chłopiec prawie potknął
się o własne nogi, gdy kupiec szarpnął za jego łańcuch. Obroża zalśniła w
słońcu.
– A teraz mój ostatni skarb. Mówię państwu, prawdziwy
nieoszlifowany diament! Chłopiec czystej azjatyckiej krwi! Patrzcie, jaki
piękny, niczym laleczka! Gęste włosy, oczy ciemniejsze niż węgiel! Wyobraźcie
sobie, jak wszyscy dookoła będą szaleć z zazdrości! Nie pozbierają szczęk z
ziemi! – Grubas odgarnął grzywkę z twarzy Akiego, a po placu rozszedł się szmer
rozmów. – No, co państwo powiecie? Cena to tylko pięć złotych monet, jedyna taka
okazja! Nigdzie indziej nie znajdziecie czystej azjatyckiej krwi i to w jakiej
cenie! Takie cuda tylko u mnie, proszę państwa!
Aki zacisnął palce na koszuli, którą niedawno dostał na
urodziny od mamy. Pamiętał, jak podglądał szyjącą Kokonę, która cieszyła się
jak dziecko, kiedy skończyła robić ubranie. Materiał pokrywało mnóstwo ręcznie
robionych haftów. Chłopiec wodził po nich palcem, pragnąc znów znaleźć się w
czułym uścisku matki.
– Naprawdę nikt z
państwa nie chce mieć tego dziecka na własność? No dobrze, w takim razie obniżę
trochę cenę – cztery złote monety i trzydzieści srebrnych! – Z tłumu
wystrzeliła ręka. – O, widzę, że mała obniżka kogoś zachęciła! Jeśli masz
gotówkę przy sobie, mały jest twój!
Kupiec puścił łańcuch. Wokół ramienia Akiego zacisnęła się
twarda, szorstka dłoń. Groźnie wyglądający żandarm ściągnął chłopca ze sceny i
zaprowadził go na bok, gdzie miało dojść do zakupu. Aki widział ciasne klatki,
w których siedziały bliźniaki i dziewczynka. Zakryto je płachtami materiału, a
twarze przerażonych dzieci zniknęły. Klatki ustawiono na wozach, które ruszyły
za drogimi powozami.
Kupiec zaskakująco zwinnie zeskoczył ze sceny i potruchtał
do młodego mężczyzny ubranego w strój lokaja. Zabrzęczały pieniądze, a żandarm
odpiął łańcuch od obroży chłopca. Później pchnął go w stronę kolejnej klatki,
której drzwiczki zatrzasnęły się za Akim. Dziecko ledwo wstrzymywało łzy,
wtulając nos w swoją koszulę. Nagle klatkę przykryła płachta i zapanowała
ciemność.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
