niedziela, 31 stycznia 2016

Rozdział 6

"Cień ostrza"


- Znowu nikogo nie ma! - krzyknęła zawiedziona Hanji. - Zawsze przychodzimy za późno! - z czwartej nieudanej próby złapania "potwora" wieśniaków, Zwiadowcy zyskali tylko trochę przysmalone nie do końca zgaszonym ogniem mundury i zawód. Większość już dawno by się poddała, ale nie Dowódca. Erwin miał chyba jakieś podejrzenia co do tego stworzenia. Zwykły żołnierz nic nie wiedział, mógł tylko zastanawiać się, jakie powiązania znalazł genialny generał Korpusu.
- To bez sensu! - bulwersował się Jean. - Latamy za jakimś wymysłem wieśniaków, a moglibyśmy robić inne, bardziej pożyteczne rzeczy!
- Na przykład? - spytała Mikasa. Chłopak stał przez chwilę z głupią miną, mamrocząc coś pod nosem, po czym zamilkł.
- Ja nic z tego nie rozumiem - zawył Conny - Mózg mnie boli. Chcę do domu.
- Dziwię się, że może boleć coś, czego się nie ma - dogryzła mu Ymir. - Ale to prawda, to całe latanie po lesie nie ma sensu.
 - Oi! Wracamy! - wydał rozkaz Kapral. - O co chodziło blondasowi? Ten koleś w czerni i to coś... - pomyślał, z cichym westchnieniem zawracając w stronę bazy.
* * *
- Argh! - kolejny człowiek obok niego poległ, ale Levi nie zwracał na to uwagi i nie przerywał biegu po dachach. Reszta oddziału jest już "bezpieczna" za murem. Dzięki niemu.
Przesadził ostatnią dziurę w stropie i zeskoczył z dachu, niemal mechanicznym ruchem uruchamiając sprzęt do manewrów przestrzennych. Za jego pomocą wspiął się na mur i zeskoczył z drugiej strony, opuszczając terytorium ludzkości. Jego oczom ukazał się niezbyt pocieszający widok. Kilkaset metrów od bariery dzielącej tereny należące do dwóch różnych gatunków, ludzie rozpaczliwie walczyli z grupą około dziesięciu 12-metrowych tytanów. Część została już pożarta i splamiła ziemię swoją świeżą krwią. Młodzi przyjaciele Erena wciąż walczyli. W pewnym momencie Sasha dała się złapać jednemu. Szarpała się, płakała i krzyczała, próbując się wyrwać.
- Nie zdążę - uświadomił sobie Levi. Kątem oka zobaczył ubraną na czarno postać, zbliżającą się do grupy. Z ukrywanym zdziwieniem obserwował, jak osobnik w czarnej pelerynie (niczym Zorro xD) z niesamowitą prędkością i precyzją zabija pozostałe przy życiu potwory, by później z gracją wylądować obok chlipiącej dziewczyny.
- Wszystko ok? - o dziwo, wbrew przypuszczeniom Erwina, był to głos kobiety. Peleryna zafalowała, gdy Sasha rzuciła się i przytuliła wybawicielkę, prawie wywracając obie.
- Dziękuję! - zaczęła wykrzykiwać podziękowania, za to dziewczyna kryjąca twarz pod kapturem wyglądała, jakby miała się zaraz udusić.
- Odklej się od niej, Braus! - krzyknął Levi, lądując. Sasha natychmiast odsunęła się od pokasłującej kobiety, która wdychała ogromne ilości powietrza, jakby chciała nadrobić chwilowe braki w dostawie. - Gdzie Erwin? - zwrócił się do Erena.
- Generał jest przy wozach. Razem z Hanji oceniają straty.
- Jest co oceniać - mruknęła dziewczyna, znana Ackermanowi z raportów. Powściągnął emocje i tylko spojrzał na nią krzywo, odchodząc w stronę wcześniej wspomnianych środków transportu.
- Co jak co, ale wy Zwiadowcy macie zaskakujący talent to pakowania się w kłopoty - westchnęła kobieta i pokręciła głową. Spod jej kaptura wystawał kosmyk białych włosów, których kolor zastanowił wszystkich, którzy go zauważyli.
- A tak w ogóle... Kim jesteś? - spytał niepewnie Eren.
- Nic się nie zmieniliście przez te trzy lata - szepnęła dziewczyna i cicho się zaśmiała. - Znasz mnie, w każdym razie znałeś, ale nie podejrzewałam, że zapomnisz tak szybko. Wszyscy mnie znaliście. Znaczy - znaliście tamtą mnie - dokończyła. Powiało chłodem. Pomyślał zielonooki. O co jej chodziło?
- Wielu waszych dziś zginęło - zaczęła, odwracając się tyłem do nich, a kilku znajdujących się tam żołnierzy przytaknęło. - Macie gdzie się schronić? - spojrzała na nich przez prawe ramię.
- Nie do końca - Armin spuścił wzrok. - Tak właściwie to to była nieplanowana ucieczka. Chyba, że Dowódca ma coś w zanadrzu.
 - Mogę zapewnić wam schronienie na pewien czas. Aż nie staniecie na nogi - oczy zebranych otworzyły się szerzej w szoku.
- Ale..! Dla całego Korpusu?! - niski blondyn nie dowierzał jej.
- Dla POZOSTAŁOŚCI Korpusu. Tak. Zbudowałam kilkanaście domów na drzewie. Na "domki" to to za duże - odparła zakapturzona dziewczyna.
- Sama je zrobiłaś? - wokół grupki zdążyło zrobić się małe zbiegowisko.
- Nie, wiesz, z tytanami - nawet nie próbowała kryć się z sarkazmem w głosie.
- Co to za zbiegowisko? - zza pleców ostatnich rzędów dobiegł zimny, oschły i wyraźnie zirytowany głos. Tłum się rozstąpił, by przepuścić dobrze znaną Wam trójkę: Levi'a, Smitha i Hanji. Ta ostatnia, gdy tylko zobaczyła postać w pelerynie, zaczęła okazywać coś na kształt niezdrowego wręcz podniecenia.
- To o tobie Erwin tyle mówił! - okularnica niemal wskoczyła na dziewczynę. - Widziałam twoją walkę! Niesamowite! Jak ty to robisz?! - prawie zrzuciła jej kaptur z głowy, spod którego na krótką sekundę błysnęło niebieskie oko.
- Smith o mnie mówił? - zimny głos dobiegł spod materiału. - Kiedy? O czym ja nie wiem? (o wielu rzeczach.. *niepokojący śmiech*)
- Nieistotne. Bardziej interesuje mnie-- - Ackerman posłał wysokiemu blondynowi znaczące spojrzenie. - ...nas, kim jesteś i o co ten cały szum. Jeden z naszych żołnierzy cię widział. Podobno go uratowałaś.
- A, tak. Pamiętam. Miałam zapasowy gaz, więc mu dałam. Jemu przydał się bardziej niż mnie - wzruszyła ramionami. - Co do mojej tożsamości - wszystko w swoim czasie. Dowiecie się, kiedy uznam to za potrzebne i istotne. Albo kiedy jakimś jebanym (sorki, musiałam) fartem zrobicie to wcześniej, bez mojej pomocy. W to ostatnie szczerze wątpię (ta wiara w innych) - na czole Levi'a wyskoczyła niewielka żyłka, a po wyrazie jego oczu było widać, że od zesłania na dziewczynę długiej i bolesnej śmierci powstrzymywała go tylko i wyłącznie jego nad wyraz silna wola. - Mam dla pana propozycję, panie Smith - spoważniała. - Mogę zapewnić wam tymczasowe schronienie i przy okazji niezły punkt obserwacyjny. Tam są naprawdę ładne widoczki - zdziwienie na twarzach tej trójki dało się zauważyć bez genialnej spostrzegawczości (minus twarzy czarnowłosego - tu już trzeba było się postarać).
- Dla wszystkich? - Erwin dość szybko się opanował. - obawiam się, że nie starczy miejsca dla--
- Odpuść, nie została z was nawet POŁOWA Korpusu. Nie dramatyzuj. Nic was, kolokwialnie mówiąc, nie zeżre, będziecie tylko musieli co jakiś czas skombinować sobie żarcie i wodę. Dodaj do tego pilnowanie własnych tyłków. Nic więcej. Bo chyba tyle możecie? - gdyby głosem można by było kogoś zamrozić, to wszyscy obecni skończyliby jako sopelki lodu. - Krótka piłka - tak, czy nie? Szczegóły możemy omówić później. Korony wam z główek nie pospadają. Chyba - Skądś znam ten irytujący ton... Pomyślał Levi.
- Gdzie to? - Hanji starała się ukryć zainteresowanie, co niezbyt jej wychodziło.
- Wystarczy iść wzdłuż murów i tamtą stronę - zakapturzona wskazała ręką w czarnej skórzanej rękawicy. - Kilka kilometrów stąd na północny-wchód od ścian jest średniej wielkości mało znany las. Można powiedzieć, że tymczasowo tam mieszkam.
- Tymczasowo? - Levi uniósł brew w pytającym geście.
- Aż uda mi się wrócić, czyli tak, tymczasowo.
* * *
Po kilku godzinach jazdy i omijania tytanów, resztki Korpusu dojechały do lasu. Drzewa były tu tak samo wielkie jak w tym lesie, w którym zginął cały oddział Levi'a. I Aki.
- Gdzie to jest? - niektórzy zaczynali marudzić. - Przecież tu nic nie ma...
- Naprawdę uważacie, że jestem na tyle głupia, żeby zostawić te domy na pełnym widoku? Ludzie, macie o mnie ciut za niskie mniemanie - dziewczyna prychnęła i popędziła konia, wyjeżdżając przed wszystkich. Po przejechaniu około trzystu metrów wgłąb lasu, zakapturzona postać zjechała trochę z trasy i zatrzymała się na polanie otoczonej przez skupisko drzew, która z pozoru nie nosiła żadnych znaków ingerencji człowieka.
- Interesujące - przemknęło przez głowę Erwinowi. - Jeśli to tu, to maskowanie jest na bardzo wysokim poziomie.
Kiedy podjechali bliżej, okazało się, że w kilku pniach wydrążone są stajnie z drzwiami zrobionymi ze specjalnie obrobionej kory.
- Na tych drzewach są domy - odziana w czarną rękawicę dłoń wskazała kolejno te drzewa, które były niemal puste w środku. - Podzielcie się jak tam chcecie, w każdym budynku jest po siedem sypialni. Ja mieszkam tam - wskazała na drzewo stojące trochę bardziej na uboczu. - Gdyby ktoś coś ode mnie chciał, to niech się pofatyguje i mnie łaskawie poszuka - z tymi słowy oddaliła w stronę wyżej wymienionej rośliny, wcześniej opuszczając grzbiet swojego kochanego konika i, ciągnąc go za uzdę, zniknęła we wnętrzu tejże rośliny, zasuwając za sobą drzwi. Zwiadowcy przez chwilę gapili się na zatrzaśnięte "wrota", po czym przystąpili do jak najszybszej organizacji i zadamawiania się w nowym, ciut dziwnym otoczeniu.
~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~
Ohayo! ^^
*po raz kolejny pisze z jeszcze innego komputera* Cieszę się, że wstawiam kolejną część tego zacnego (bo jakżeby inaczej? W sumie to pierwsze, jakie pojawiło się na tym blogu) opowiadania! "Coś o yaoi" nie przoduje już w ilości rozdziałów... A właśnie. W końcu coś innego xD >sorki, wena nie sługa< Jeśli statystyki nie mydlą mi oczu, to mam więcej wyświetleń ze Stanów, niż z mej kochanej ojczyzny... Trochę to dziwne, nie powiem xD 
Co do samego rozdziału. Kim jest tajemnicza kobieta w pelerynie? Czemu mówi, że wszyscy ją znali? Jakie trzy lata? Czy Eren i Levi trafią do jednego domku (pewnie nie, bo to nie yaoi... Szkoda ^^)? Jak wygląda wnętrze tych swoistych "apartamentów"? Czym jest ten "potwór wieśniaków"?
- ...Brzmisz jak ten koleś z "Totalnej porażki" - Levi wzdycha znad gazety.
- Oj bądź cicho. Psujesz mi zabawę.
- Bo co? - łyczek herbaty.
- Bo zamknę cię na noc w szafie z Erenem! I tak ją zamknę, że wyjdziecie dopiero rano! - *macha łańcuchem*
- Trzeba będzie ten czas jakoś wykorzystać... - *znacząco porusza brwiami* 
- Wstawię kamery. Yaoi się nie zmarnuje - mamrocze. 
-Właśnie! Może na Walentynki zrobię Wam relację z ich pobytu w szafie? *niebezpieczny uśmiech* - Zobaczymy, coś wymyślę :)
- Nie ma mowy - Levi kończy dyskusję znów zaczytując się w gazetę.
- Hmpf - obrażona autorka krzyżuje ręce na piersi i wraca do pisania.
Do zobaczenia następnym razem
Aksune~

środa, 27 stycznia 2016

Coś o yaoi 6

[EDIT: 15.02.2017]

Następnego dnia spotkałem Arikawę w trakcie zajęć, gdy szedłem na kolejny wykład. Pech chciał, że ten konkretny mieliśmy razem, w tych samych godzinach. Chłopak nadchodził z naprzeciwka, gromiąc mnie spojrzeniem. Spokojnie do niego podszedłem i już miałem się przywitać, gdy ten chwycił mnie za ramię i zaciągnął do męskiej toalety. Zanim zdążyłem w jakikolwiek sposób zareagować, wepchnął mnie do kabiny i zatrzasnął za nami drzwi. Pocałował mnie, odcinając mi dopływ tlenu. W obronnym odruchu zacząłem szarpać jego koszulkę, bo po paru chwilach oddychanie przez nos przestało zaspokajać moje zapotrzebowanie na powietrze.
– Co ty wyprawiasz? – syknąłem, gdy Arikawa się ode mnie oderwał.
– Znaczę, co moje – odwarknął chłopak, rozciągając kołnierzyk mojej koszulki i przysysając się do mojego obojczyka.
– Przestań! Co ci odbiło? – Zacząłem się szarpać, odpychając go na w miarę bezpieczną odległość. Na szczęście po tym wszystkim uspokoił się trochę, spuszczając głowę.
– Widziałem cię wczoraj.
– Hę? – Zamrugałem zdziwiony. – Z kim? O czym ty mówisz?
– Nie zgrywaj idioty! Z tą blondynką! Widziałem, jak się gapiłeś na jej numer po naszej randce. – Olśniło mnie. Musiał mnie widzieć z Anną!
– Może i się gapiłem! I co z tego? – odparłem, patrząc na niego wilkiem. – Mam prawo robić, co mi się żywnie podoba.
– Boję się, że ona mi cię odbierze… - wymamrotał Arikawa, próbując mnie objąć. Zanim to zrobił, odsunąłem się na tyle, na ile pozwalała mi niewielka dostępna przestrzeń.
– Okej, wyjaśnijmy coś sobie. Po pierwsze – nie jestem i nigdy nie byłem twój. Po drugie – fakt, Anna mi się podoba, a wiesz dlaczego? Bo jestem normalnym, heteroseksualnym facetem! I nie wiem czy zdajesz sobie z tego sprawę, ale nie podoba mi się sytuacja, w jakiej obecnie się znajduję! Nie prosiłem się o związek z przyjacielem! Więc daj mi łaskawie spokój! – krzyknąłem, przepychając się obok chłopaka i wyszedłem z kabiny.
– Wszystko okej? – Napotkałem wzrok czarnowłosego chłopaka, który wpatrywał się we mnie niepewnie. Spłonąłem rumieńcem, uświadamiając sobie, że prawdopodobnie słyszał naszą rozmowę. Spuściłem wzrok, wymamrotałem ciche „tak” i czym prędzej wybyłem z toalety, ponownie kierując swoje kroki na wykład z historii.
~*~ ~*~ ~*~
Wpatrywałem się w leżącą przede mną kartkę, pokrywając ją krzywymi rysunkami. Przestałem słuchać średnio ciekawego monologu profesora po kilkunastu minutach. Wiedziałem, że później odbije się to na moich ocenach, ale mój nastrój nie należał do najlepszych – po kłótni z Arikawą miałem nie miałem ochoty na nic. Teraz moim celem było a) przetrwać ten wykład i b) spotkać się z pewną uroczą blondynką, która w tamtej chwili wydawała mi się lekiem na wszelkie rany.
– Panie Iyana, czy zechciałby pan powtórzyć to, co przed chwilą powiedziałem? Z tego co widzę, co poniektórzy nie dosłyszeli, ale jestem pewien, że kto jak kto, ale pan na pewno pamięta treść mojej wypowiedzi. – Moja dłoń zamarła w pół ruchu. Przełknąłem nerwowo ślinę, czując na sobie spojrzenia całej grupy.
– Więc, ja… Nie wiem – powiedziałem zrezygnowany.
– Następnym razem proszę słuchać trochę uważniej, panie Iyana. – Profesor odwrócił się w stronę biurka, przełączając slajd w prezentacji i kontynuując przerwaną wypowiedź. Tym razem starałem się słuchać, nie chcąc ponownie wpaść w ten sam sposób – przynajmniej nie na jednym wykładzie.
Niecierpliwie spoglądałem na zegarek, którego wskazówki niemiłosiernie się wlekły. Przez wykład robiłem mnóstwo rzeczy, od czytania co ciekawszych tematów z podręcznika, przez rysowanie, aż do rwania kartek z zeszytu i robienia z nich niewielkich kuleczek.
– Przeczytajcie w domu rozdziały od czternastego do dziewiętnastego. To wszystko na dziś. Do widzenia. – Słowa te zadziałały na mnie jak zastrzyk energii. Pośpiesznie zapakowałem wszystko, co leżało na biurku przede mną i wypadłem z sali jak z procy, wszystko po to, by nie musieć jeszcze raz skonfrontować się z Arikawą.
~*~ ~*~ ~*~
Pustym wzrokiem wpatrywałem się w podręcznik od historii, wodząc wzrokiem po kartce. Co jakiś czas mój telefon zaczynał wibrować – dzwonił Arikawa. Wmawiałem sobie wtedy, że muszę się skupić na czytanym tekście i odrzucałem połączenie. Chłopak powoli zaczynał mnie irytować. Do tego Anna nie dawała znaku życia, co trochę mnie zmartwiło. „Nie lubi mnie? Zrobiłem coś nie tak? A może coś jej się stało?” Odpłynąłem myślami od dawnych dziejów, skubiąc brzeg okładki książki.
Moja komórka znów zawibrowała, a ja ze zdenerwowaniem spojrzałem na jej ekran. Znowu Arikawa. Tym razem postanowiłem odebrać.
– Czego? – spytałem.
– Kasuki, posłuchaj. Przepraszam za dziś. Wiem, że być może nie jestem twoim wymarzonym partnerem, ale naprawdę cię kocham. Chciałbym ci to jakoś wynagrodzić. Może poszlibyśmy razem do--
– Nie – przerwałem mu. – Posłuchaj, jestem teraz zajęty, więc jeśli to wszystko, co chciałeś mi powiedzieć, to żegnam.
– Kasuki, poczekaj! Ja-- – Rozłączyłem się i wrzuciłem telefon do szuflady, zatrzaskując ją. Po tej rozmowie czułem się jeszcze gorzej, niż wcześniej. W głębi duszy wiedziałem, że to ja powinienem przeprosić Arikawę – to co mu powiedziałem w toalecie musiało go naprawdę zranić. Mimo to, nie umiałem tego wykrztusić – w końcu zwyczajnie uświadomiłem mu kilka rzeczy. Może nie w najdelikatniejszy możliwy sposób, ale jednak.
~*~ ~*~ ~*~
Obudziłem się, jęcząc cicho i masując zesztywniały kark. Poprzedniego wieczoru zasnąłem nad projektem, więc teraz byłem cały obolały. „Zapamiętać – łóżko jest wygodniejsze niż krzesło.” Uniosłem głowę i obrzuciłem zegarek półprzytomnym spojrzeniem. Z tego co pokazywał, to dochodziła jedenasta trzydzieści…
– Jedenasta trzydzieści?! – Zerwałem się z miejsca, łapiąc za stojącą obok biurka torbę i wciskając do niej leżące na blacie książki. Zajęcia zaczynały się o jedenastej pięćdziesiąt, a autobus, którym dojeżdżałem na miejsce, był na przystanku o jedenastej trzydzieści cztery. Teoretycznie, gdybym pobiegł, to bym zdążył. Teoretycznie. – Gdzie są te cholerne klucze?! – warknąłem, grzebiąc w szufladzie. Jedenasta trzydzieści dwa. – Kurwa! – przekląłem, zatrzaskując ją. Zacząłem gorączkowo zaglądać pod papiery, walające się po moim biurku. W pewnym momencie wymacałem kilka kawałków metalu. – Mam!
Wypadłem z mieszkania, uprzednio w miarę szybko je zamykając. Biegłem w stronę przystanku, zerkając na zegarek. Jedenasta trzydzieści cztery. „Spokojnie, może ten cholerny autobus się spóźni.”
Widziałem już czerwony daszek przystanku, przy którym zatrzymał się mój środek transportu. Właśnie, kiedy docierałem do mojego celu, kierowca zamknął drzwi i ruszył. Na nic zdały się moje prośby, by zaczekał.
– Psia krew! – wydyszałem, opierając się o rosnące nieopodal drzewo. – I co ja teraz zrobię?
– Z czym? – Zdziwiony uniosłem głowę, napotykając wzrok Anny. – Może ci pomogę?

wtorek, 26 stycznia 2016

Coś o yaoi 5

[EDIT: 7.01.2017]

Wyszedłem z kina, wstukując w komórkę numer Anny. Szczerzyłem się jak głupi, wpatrując w pomiętą karteczkę i ekran telefonu z błyskiem w oku.
– …ki! Kasuki! Słuchasz co do ciebie mówię? – Arikawa położył mi dłoń na ramieniu, wyrywają mnie z krainy marzeń.
– Co? Przepraszam, mógłbyś powtórzyć? Zamyśliłem się.
– Pytałem, czy nie chciałbyś do mnie wpaść. Moglibyśmy pograć w jakieś gry albo obejrzeć kolejny film.
– Sorki, ale nie. Pojutrze mam kolokwium, więc wolałbym trochę posiedzieć nad książkami. Wybacz – odparłem, myślami będąc już w domu.
– To może chociaż cię odprowadzę, ok?
– Nie trzeba. Pa. – Pomachałem Arikawie, odchodząc. Zanim zniknąłem za zakrętem, czułem jego smutne spojrzenie, które wwiercało mi się w plecy.
~*~ ~*~ ~*~
Wpatrywałem się w kontakt podpisany „Anna <3”, tocząc wewnętrzną walkę z samym sobą. „Zadzwonić, czy nie zadzwonić?” Po kilku chwilach zagryzłem wargę i nacisnąłem ikonkę z zieloną słuchawką, przykładając telefon do ucha. Wstrzymałem oddech, czekając, aż dziewczyna odbierze.
Halo? Kto tam? – Mentalnie przybiłem sobie piątkę i szybko odpowiedziałem:
– Hej, to ja, Kasuki. Wiesz, ten spod kina, pamiętasz?
Pewnie, że pamiętam! – Usłyszałem melodyjny śmiech Anny. – Czemu dzwonisz?
– Zastanawiałem się, czy nie chciałabyś… gdzieś ze mną wpaść? – zacząłem niepewnie. – Tak wiesz, żeby porozmawiać, czy coś… Oczywiście nie zmuszam cię, jeśli nie chcesz, to--
Spoko, nie ma problemu. Pojutrze mam wolne, możemy się spotkać pod tym samym kinem, co dzisiaj. Czternasta czterdzieści ci odpowiada?
– Jasne! – odparłem entuzjastycznie. Może nawet za bardzo entuzjastycznie. – To do zobaczenia.
Pa. – Anna się rozłączyła, a ja wyrzuciłem ręce w górę, ciesząc się z własnego małego zwycięstwa. „Może jak tak dalej pójdzie, to uda mi się jakoś wyplątać z tego bajzlu z Arikawą?” – pomyślałem, odkładając telefon na szafkę nocną i gasząc lampkę.
~*~ ~*~ ~*~
Przyszedłem pod kino dziesięć minut wcześniej, by upewnić się, że przypadkiem się nie spóźnię. Jednak przez moją niecierpliwą naturę skończyło się na tym, że nerwowo spoglądałem co chwilę na zegarek w telefonie.
Gdy w końcu zobaczyłem zbliżającą się do mnie blondynkę, pośpiesznie schowałem komórkę do kieszeni i pomachałem do niej, uśmiechając się. „Spokojnie. Zgodziła się z tobą gdzieś wyjść. Będzie dobrze. Spokojnie.”
– Hej – powiedziałem, drapiąc się po karku.
– Cześć – odparła Anna, przystając obok mnie. – Gdzie mnie zabierasz?
– Niedaleko jest całkiem urocza kawiarenka, moglibyśmy iść na ciasto lub kawę – wyrecytowałem zapamiętaną wcześniej formułkę.
– Dobrze. Prowadź, Kasuki.
Szliśmy ulicą w towarzystwie przyjemnej ciszy. Stopniowo zbliżaliśmy się do kawiarenki, której szyld był już dosyć dobrze widoczny.
– „Słodka chwila”… - przeczytała cicho Anna. – To tu?
– Owszem. – Otworzyłem przed nią drzwi. – Panie przodem. – Ukłoniłem się lekko.
– Dziękuję, jest pan nadto uprzejmy. – Blondynka zaśmiała się lekko, wchodząc do środka lokalu.
~*~ ~*~ ~*~
– Czyli pracujesz w księgarni, tak? – zapytałem, powoli mieszając kawę.
– Tak. Kocham książki, więc to moja wymarzona praca. Przynajmniej dopóki nie skończę medycyny.
– Studiujesz medycynę? – spytałem zdziwiony. – Jak ty sobie dajesz radę? Słyszałem, że na tym kierunku jest masa zakuwania!
– Jakoś to leci. – Anna wzruszyła ramionami. – Interesuje mnie to, więc jestem w stanie przeżyć te nocne sesje z podręcznikami. A ty? Studiujesz coś?
– Filologię. Nie jest tak źle, ale mogło być lepiej – powiedziałem, unosząc filiżankę do ust. – Tylko mój wykładowca, z którym mam historię, to straszna kosa. Ciężko u niego zaliczyć na jakąś porządną ocenę.
Mniej-więcej tak toczyła się nasza rozmowa. Anna okazała się być naprawdę interesującą osobą, która kocha muzykę, sztukę i książki. Przynajmniej tyle na razie o niej wiedziałem. W pewnym momencie odniosłem wrażenie, że ktoś mnie obserwuje. Zbyłem to, myśląc, że tylko mi się wydawało. Nie wpadło mi do głowy, jakie konsekwencje może przynieść to „wrażenie”.

piątek, 22 stycznia 2016

Psychiczna miłość

Byłem sam w ciemnym korytarzu, na którego końcu były białe drzwi. Podszedłem do nich i je otworzyłem. Widziałem palący się autokar szkolny. Moich krzyczących kolegów z klasy. I małego mnie, stojącego na uboczu, z zapalniczką schowaną w zaciśniętej pięści. Uśmiechałem się. Nie był to przyjazny uśmiech.
><><*><><
Zerwałem się z łóżka z cichym sapnięciem.
Już dawno nie krzyczę.
Spojrzałem na wiszący na ścianie zegarek. Nie opłaca mi się kłaść z powrotem. W kalendarzu wyraźnie była zaznaczona kolejna wizyta u psychiatry.
Dzisiaj.
Nienawidziłem tam chodzić. Wszyscy patrzyli się na mnie jak na jakieś dziwadło, a lekarz, który miał mi pomagać, jest wredny i głupi. Wiem, że zabrzmiałem jak niedojrzały dzieciak, ale taka prawda. Jest chamski i wydaje mi się, że ani trochę nie chce mi pomóc.
Zostaje pytanie, czemu w ogóle muszę tam chodzić? Podobno cierpię na jakąś nieznaną chorobę psychiczną. Kiedy byłem w czwartej klasie podstawówki, pojechałem razem z klasą na wycieczkę szkolną. W pewnym momencie wstałem, podszedłem do kierowcy i chwyciłem kierownicę tak, że autobus wjechał do rowu i przewrócił się na prawy bok. Potem film mi się urywa. Pamiętam, jak obudziłem się z zapalniczką w ręce, a wcześniej wspomniany autokar pochłaniały płomienie. Śni mi się to do dzisiaj. Co lepsze, to nie rozdwojenie jaźni, jak najpierw podejrzewano. Po prostu jestem jebnięty i już. Nikt nie wie co mi jest. Przez to wszystko moja rodzina się mnie wyparła, a znajomi odepchnęli.
- Jestem potworem... - wyszeptałem i lekko się uśmiechnąłem. - ...a nikt nie chce znać potwora.
Nie chodzę do szkoły, bo żadna nie chce mnie przyjąć, więc mam mnóstwo wolnego czasu. To nie znaczy, że jestem idiotą, uczę się sam, w domu. Kiedy chcę, czego chcę, ile chcę... Kiedy mam wizyty u psychiatry, nie uczę się wcale, bo po powrocie do domu jestem tak psychicznie wykończony, że pomimo wczesnej pory od razu uwalam się na łóżko i idę spać. Bo mój kochany lekarz działa na mnie aż tak zbawiennie, że nie mam siły nawet stać.
Odrzuciwszy te niezbyt optymistyczne myśli, zacząłem się ubierać. Już w ciuchach poszedłem do kuchni i wziąłem się za robienie sobie śniadania. Powiedzmy sobie szczerze, moja lodówka w szwach nie pęka. Mieszkam w kawalerce z jednym pokojem, łazienką i kuchnią, a i tak ledwo mnie stać na opłacenie rachunków. No ale co może szesnastoletni szczeniak.
><><*><><
Wyszedłem z szalenie pięknej i ani trochę nie zniszczonej kamienicy w, oczywiście, najbogatszej dzielnicy miasta. Jasne, i co jeszcze? Może samochód za milion dolców i trzy apartamenty, każdy w innym kraju?
Skierowałem swe szlachetne kroki w stronę przystanku autobusowego i wyjąłem bilet. Najbliższy autobus miał być za pięć minut, więc długo czekać nie musiałem. Iście królewski środek transportu zatrzymał się wyładowany po brzegi towarem ludzkim, więc gdy wsiadłem, dosłownie pękał w szwach. Nie udało mi się nawet skasować biletu. Po tej jakże komfortowej podróży wysiadłem i, z trudem łapiąc oddech, schowałem zaoszczędzony kawałek papieru i ruszyłem do wysokiego biurowca, w którym mieścił się gabinet mojego kochanego psychiatry/psychola (niepotrzebne skreślić).
Recepcjonistka była jedną z milszych osób w budynku. Nazywała się Hama Akemi była około 50-letnią blondynką, która dla obcych była zimna, ale dla osób już jej znanych była niemal jak miód na serce. Chociaż miała tendencję do nadużywania słów typu "kochaniutki". Wpuściła mnie bez problemu. Pewnie zaraz pomyślicie: "Łał, chłopak leczy się u jakiejś szychy". Nic z tego. Te całe "szychy" pracują kilka drzwi dalej. Mną zajmuje się całkiem przeciętny, niski, łysy i do tego głupi facecik. Nikt fajny.
- Isao-kun! - krzyknęła za mną Hama-san. - Doktor-- - reszty nie dosłyszałem, bo drzwi windy się za mną zamknęły.
- O co jej chodziło? - mruknąłem pod nosem. Wysiadłem na piętrze jedenastym i niemalże od razu skierowałem swe kroki do gabinetu psychiatry. Pierwsze WTF zaliczyłem, gdy zobaczyłem, że tabliczka z jego nazwiskiem odpłynęła w niebyt. Otworzyłem drzwi i zaliczyłem drugie WTF - za biurkiem wredoty, do którego zdążyłem się przyzwyczaić, siedział jakiś zupełnie obcy mi facet, na oko miał jakieś dwadzieścia, może dwadzieścia jeden lat. Ale nie powiem, był niczego sobie. Miał czarne, trochę przydługie włosy, szare oczy ukryte za szkłami okularów, pełne, różane usta i jasną, niemal białą skórę.
- Kagawa Isao? - do moich uszu dobiegł głęboki, ciepły, męski głos.
- Tak, to ja - potwierdziłem niepewnie. - Gdzie Koga-san? - spytałem podejrzliwie.
- Kaga-san niedawno się wyprowadził, a ja akurat zacząłem pracę. Od dziś to ja będę się tobą zajmować - Mógłbym słuchać jak mówi godzinami. Rozmarzyłem się, bo co jak co, ale głos miał piękny. Nie tylko głos, jeśli mogę tak powiedzieć. - Nazywam się Ichiro Ryu. Mam nadzieję na owocną współpracę - mężczyzna wstał i podszedł do mnie, wyciągając w moją stronę dłoń, którą zaraz uścisnąłem. Zauważyłem, że był mniej-więcej mojego wzrostu. Ichiro-san wrócił na swoje miejsce przy ogarniętym już biurku, które zwykle przedstawiało obraz czystej nędzy i rozpaczy, a ja położyłem się na leżance.
- Dzisiaj wolałbym się po prostu z tobą trochę poznać, w końcu będziemy spędzać ze sobą czas - lekko się do mnie uśmiechnął, a moje serce zabiło mocniej. - Normalną sesję przeprowadzimy następnym razem.
Rozmawialiśmy do końca spotkania. Dowiedziałem się różnych rzeczy, na przykład, że Ichiro mieszka w tym mieście od urodzenia, ma dwadzieścia pięć lat i jest singlem. To ostatnie w sumie mnie zdziwiło, bo jest naprawdę przystojny, nie to co ja. Zupełnie przeciętny 16-latek z brązowymi, krótkimi włosami i niebieskimi oczami. Na następną sesję umówiliśmy się na za dwa tygodnie. Tym razem już nie mogłem się doczekać.
><><*><><
Odkąd Ichiro-san został moim psychiatrą minęły dobre trzy miesiące. Powiem szczerze, że naprawdę polubiłem faceta. W każdym razie, robi mi się ciepło, kiedy go widzę. Problem w tym, że już od gimnazjum wiem, że jestem gejem i od tamtego czasu nie szukałem sobie nikogo, cały czas byłem sam. I chyba się właśnie pierwszy raz w życiu zakochuję, mimo że wiem, że nie mam u gościa żadnych szans. Fuck.
Wracałem właśnie z pracy. O 23:40, w środku nocy. Pracuję w całodobowym sklepie, a szef mnie przytrzymał. Ostatni pociąg już odjechał, a do domu mam kilka kilometrów. W sumie to mieszkam na drugim końcu miasta. Świetnie. Po prostu, kurna, fenomenalnie.
Zauważyłem czarny samochód jadący w moją stronę. Kiedy się zatrzymał, a kierowca opuścił szybę, okazało się, że to Ichiro.
- Ichiro...-san.. Co pan tu robi?
- O to samo mógłbym spytać ciebie - mężczyzna uniósł brew.
- Pracowałem - odwróciłem wzrok. Po chwili zdałem sobie sprawę z tego, jak to brzmiało. - Znaczy, szef mnie przytrzymał dłużej! Pracuję w całodobowym sklepie - dokończyłem ciszej. Kierowca czarnego auta zaśmiał się cicho, po czym spoważniał.
- Ostatni pociąg już odjechał, nie?
- Mhm - przytaknąłem.
- Podwieźć cię? To nie jest żaden problem - lekko się zarumieniłem. Dzięki Bogu, że było ciemno.
- Dobrze, dzięki - wsiadłem, Ichiro ruszył.
- Gdzie mieszkasz? - spytał, patrząc na drogę.
- Daleko, na drugim końcu miasta - odwróciłem wzrok, bo zdałem sobie sprawę z tego, że się gapiłem.
- To może przenocujesz dziś u mnie, a jutro pojedziesz do domu? Pożyczę ci jakieś ubrania.
><><*><><
Jak ja się tu znalazłem? Pomyślałem, rozglądając się po przestronnym mieszkaniu psychiatry.
- Ładnie tu - powiedziałem cicho, a właściciel tylko parsknął. We wnętrzu dominowały ciepłe barwy, jak chociażby brąz.
- Isao.. - przeszedł mnie dreszcz, gdy Ichiro wyszeptał mi do ucha moje imię i przyparł do ściany. Patrzyłem mu zdziwiony w oczy.
- Ichiro-san? - spytałem cicho.
- Ryu - powiedział mi do ucha.
- Co?
- Mów mi Ryu. Powiedz to chociaż raz, proszę - ujął moją dłoń w swoje i lekko zacisnął na niej palce. Cyba zrobiłem się wtedy czerwony.
- Ryu - zacząłem niepewnie. - Ryu - powiedziałem już głośniej. - Ryu-san, co ty robisz?
- Przepraszam, Isao-kun.. Już nie mogę - odparł i wpił się w moje usta. Moje oczy rozszerzyły się w szoku, ale już po chwili odwzajemniałem jego pocałunki. Zataczając się, ruszyliśmy w stronę sypialni mężczyzny.
><><*><><
Obudziłem się, czując na swojej piersi czyjś ciężar, którego właściciel ciasno otaczał mnie ramieniem i owiewał moją szyję swoim ciepłym oddechem. Kiedy otworzyłem oczy i zobaczyłem, że osobą, która na mnie leżała, był nagi Ryu, zalała mnie fala wspomnień.
Jego gorące pocałunki. Jego ciche jęki, wydobywające się z malinowych ust. Jego gorące, ciasne wnętrze. Gładkie ramiona, które przyciskały mnie go jego ciała. Ciepła skóra, której mogłem dotknąć i posmakować. To jak szeptał moje imię, gdy w nim byłem. To jak pozwolił mi się w siebie wtulić i zasnąć u swego boku. To, że mnie nie odrzucił z powodu mojej odmienności. I bicie jego serca, które ukołysało mnie do snu.
Pogłaskałem go po miękkich włosach i cicho westchnąłem. Podejrzewam, że to była tylko jedna, nic nie znacząca noc. Noc, która będzie musiała mi wystarczyć. Usłyszałem ziewnięcie, a chwilę później mogłem już zatopić się w jego głębokich, szarych oczach.
- Dzień dobry, Isao-kun - uśmiechnął się do mnie Ryu.
- Hej - odwzajemniłem uśmiech i poczułem, że zalewa mnie fala smutku. Już nie będzie takich poranków. Nie usłyszę ciepłego głosu, który tak kocham, mówiącego mi "dzień dobry". Nie przytulę już jego właściciela, nie pocałuję. Mój uśmiech zbladł, by po chwili całkiem zniknąć. Uświadomiłem sobie, że prawdopodobnie nie usłyszę od niego tych dwóch pięknych słów, na które podświadomie czekałem. Po moim policzku spłynęła łza. I druga. Trzecia. Po chwili płynęły niekontrolowane, niezależnie ode mnie. Mimo że Ryu był tuż obok, że miałem go w swoich ramionach, nagle poczułem się strasznie samotny. Dotarło do mnie, że znowu będę sam, tak jak zawsze, a przychodząc na terapię tylko przysporzę sobie dodatkowego bólu i przez to nie będę mógł już zobaczyć się z moim ukochanym Ichiro.
- Co się stało? - zmartwienie w jego głosie tylko bardziej mnie dobiło, dając nadzieję. Odwróciłem wzrok, a on pogłaskał mnie po włosach, później po twarzy, ścierając z niej łzy, zaczął błądzić palcami po moich ustach. - To przez to, co wczoraj zrobiliśmy, prawda? - nie doczekawszy się odpowiedzi z mojej strony, ciągnął - Przepraszam, to nigdy nie powinno się zdarzyć. Poniosło mnie - dokończył obojętnym głosem i zabrał dłoń z mojej twarzy, a moje serce zamarło. "To nigdy nie powinno się zdarzyć." - jego zimny głos nadal dźwięczał w mojej głowie. Zacisnąłem powieki, spod których wypłynęło jeszcze więcej łez.
- To nie tylko dlatego - wyszeptałem po chwili zduszonym głosem. - Po prostu chciałem ci coś powiedzieć, ale teraz widzę, że miałem rację myśląc, że to nie ma prawa bytu - po tych słowach rozryczałem się na dobre, pierwszy raz od wielu lat. Świadomość, że moja nadzieja, zrodzona wczoraj, dziś została uznana za płonną i wyrwana z korzeniami z zakamarków mojego serca, sprawiła, że zacząłem się nienawidzić. To dlatego, że jestem jaki jestem, prawda? To dlatego wiecznie jestem sam? To dlatego żałujesz, że nas wczoraj poniosło? Szlochałem pusto, dławiąc się łzami. W pewnym momencie poczułem ciepłe ramiona przygarniające mnie do siebie i w pewnym sensie znajomy zapach, otulający mnie niczym obłok.
- Ćśśś.. Wyrzuć to z siebie - Ryu zaczął głaskać mnie po włosach.
Wyrzuciłem. Opowiedziałem mu wszystko, co jakiś czas szlochając spazmatycznie. Powiedziałem dużo więcej niż na naszych sesjach. O tym, co zrobiłem jak byłem mały. O tym, że wszyscy po kolei się ode mnie odsuwali, odrzucali mnie, od rodziców, po najdalszych znajomych. Że pracuję, bo moja rodzina udaje, że nigdy nie istniałem i nie daje mi nawet środków do życia. Powiedziałem mu, że jest pierwszą osobą, która się mnie nie boi i zbliżyła się do mnie do takiego stopnia, że jest jedynym, który nie uważa mnie za skończonego psychola. Zostało mi już tylko najważniejsze, ostatnie słowa, które z trudem przeszły mi przez gardło.
- Ryu-san... Ja.. Ja.. Kocham cię - wyszeptałem i poczułem, jak adresat wypowiedzi w jednej chwili sztywnieje. - Spokojnie, wiem że ty tego nie odwzajemniasz, chciałem to tylko powiedzieć. Ja po prostu-- - moja wypowiedź została przymusowo zakończona przez słodkie usta mężczyzny. Zamknąłem oczy i zatopiłem się w tym, dławiąc łzy. Ryu przewrócił mnie na łóżko i przycisnął do materaca, wdzierając się do wnętrza moich warg. Po dłuższej chwili oderwaliśmy się od siebie, a niemalże leżący na mnie osobnik pochylił się nad moim uchem i wypowiedział te kilka słów, które wymazały cały smutek i osłodziły słone łzy:
- Też cię kocham Isao. I nie martw się, nie zostawię cię. W moich oczach nie jesteś żadnym psycholem i nie będziesz. Nigdy - przeszedł mnie dreszcz, a gdy sens jego wypowiedzi do końca do mnie doszedł, moją twarz rozjaśnił uśmiech.
Dziękuję. Naprawdę cię kocham, Ichiro Ryu.
><><*><><
W tym momencie mam dwadzieścia lat, Ryu niedawno skończył dwadzieścia dziewięć. Od jakiegoś roku mieszkamy w jednym domu. Zaliczyliśmy już wiele wzlotów i upadków, ale wciąż jesteśmy razem. Na palcach serdecznych naszych prawych dłoni wytatułowane są pierścionki - symbol naszej obietnicy, że zawsze będziemy jednością. Ja wiem jedno - nigdy nie chcę zostawiać mojego Ryu i będę z nim już na zawsze. Do śmierci i jeszcze dłużej.


~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~
Hej :)
Macie tutaj oneshot'a mojego autorstwa. To już (albo dopiero) drugi w moim dorobku. Trochę nad nim siedziałam, więc mam nadzieję, że się podobał. 
Do następnego
Aksune
PS. Strasznie mało dziś mojego biadolenia, nie uważacie?

środa, 20 stycznia 2016

Coś o yaoi 4

 To pierwszy rozdział z widocznymi zmianami fabularnymi. Mam nadzieję, że się spodoba! ^^

 [EDIT: 23.12.2016]

Dziś jest poniedziałek. To oznacza, że jutro mam randkę z Arikawą. „Ciekawe, gdzie tym razem mnie zabierze… Wciąż nie dostałem od niego żadnego SMS-a.” Zacząłem mechanicznie notować to, co mówił wykładowca. To były ostatnie zajęcia, więc po skończeniu słuchania szalenie fascynującego gadaniu psorka spakowałem się i wyszedłem z budynku. I wpadłem na Arikawę. „Ja to mam farta, nie?”
– Hej – powiedział chłopak, uśmiechając się. – Też już skończyłeś?
– Ta… – Wzruszyłem ramionami. – A co?
– Pomyślałem sobie, że moglibyśmy wrócić razem... Chociaż ten kawałek... W końcu jesteśmy parą, nie? – Arikawa podrapał się nerwowo po karku, a ja gwałtownie się zarumieniłem i zatkałem mu usta dłonią.
– Nie tak głośno – wysyczałem mu do ucha. – Niby jesteśmy, ale to nie znaczy, że mam z tobą spędzać każdą wolną chwilę. – Starałem się zabrzmieć jak najpewniej, by nie dać mu się przekonać. „Nie tym razem.” Arikawa zacisnął usta i zaciągnął mnie w jakiś zaułek między budynkami, po czym przyparł do ściany.
– Jak mam niby cię w sobie rozkochać, jeśli nie chcesz spędzać ze mną czasu? – wymruczał, mocno naruszając moją przestrzeń prywatną. Zanim się zorientowałem, już się całowaliśmy, a ja, o zgrozo, z pełnym zaangażowaniem oddawałem tę z pozoru niewinną pieszczotę. Cicho sapnąłem, gdy delikatnie ugryzł mnie w dolną wargę i lekko za nią pociągnął. Po dłuższej chwili oderwaliśmy się od siebie. Ja – cały czerwony, a on – ze zwycięskim uśmieszkiem na ustach.
– I z czego tak się cieszysz? – wymamrotałem, odwracając wzrok. „Wydaje mi się, czy spaliłem buraka? Jeszcze większego niż wcześniej?”
– Z niczego. – Cicho się zaśmiał. – Jesteś naprawdę uroczy, kiedy się rumienisz – rzucił, przyciągając mnie bliżej.
– Urocze to są dziewczyny! – wypaliłem bez zastanowienia. – A ja, gdybyś nie zauważył, jestem chłopakiem!
– Nie kwestionuję twojej płci. Po prostu dla mnie nie ma znaczenia, co masz między nogami – jesteś uroczy i już. – Objął mnie i pocałował w czubek głowy. – To wrócisz ze mną? – spojrzał na mnie oczami szczeniaka.
– Niech ci będzie – burknąłem i potarłem policzek, żeby ukryć rumieńce. Arikawa chwycił mnie za rękę, delikatnie wyciągnął z zaułka i wolnym krokiem ruszył w stronę mojego domu, wlokąc mnie za sobą. Gdy udało mi się już wyrównać tempo na tyle, że byłem pewien, że się nie wyrżnę o pierwszy lepszy korzeń pobliskiego drzewa, zacząłem rozmyślać. O czym ciekawym może sobie rozmyślać student, który jest hetero, a mimo to ma chłopaka? „O Boże, dlaczego ja!?” Nigdy nie podejrzewałem Arikawy o bycie gejem. Wydawało mi się, że woli dziewczyny, a tu BUM! zakochał się we mnie. Znaczy, myślę że mówił prawdę z tym kochaniem, w końcu zaliczyć mnie już zaliczył, a dalej desperacko usiłuje mnie zdobyć.
– Jutro randka, nie? – wymruczałem pod nosem. – Gdzie tym razem?
– Zobaczysz. – Arikawa zaśmiał się pod nosem. – Jeśli ci powiem, nie będzie niespodzianki.
– A tak w ogóle, to czemu tak bardzo ci zależy na tym, żebym cię pokochał? – powiedziałem po chwili, przerywając ciszę. – W końcu już mnie przeleciałeś.. – dokończyłem ciszej.
– Jak to czemu? – Arikawa spoważniał. – Mówiłem ci już – kocham cię i chcę, żebyś to odwzajemnił. Poza tym, chciałbym zrobić to z tobą na trzeźwo, ze świadomością, że ty też tego chcesz, i że też coś do mnie czujesz. – Odwrócił wzrok i lekko się zarumienił. „Czy ja się gapię? Cholera, ja się gapię! Spokojnie, to nie koniec świata, przecież każdy by się gapił, czerwony Arikawa to niecodzienny widok, w dodatku jest przystojny... Takie myślenie mi nie pomaga!”
Doszliśmy już do mojego bloku, ale nie mogłem się przemóc, żeby wejść do klatki. Wziąłem głęboki wdech i z głosem w mojej głowie drącym się "Co ty na wszystko co piękne i święte wyprawiasz?!" cmoknąłem Arikawę w usta, bąknąłem krótkie "Do zobaczenia" i odwróciłem się, by wbiec do środka, spokojnie spalić się ze wstydu, wyrwać sobie wszystkie włosy i pozwolić ziemi, by mnie pochłonęła, ale w ostatniej chwili stojący za mną chłopak chwycił mnie za nadgarstek, odwrócił w swoją stronę i namiętnie pocałował. Próbowałem się wyrwać, ale trzymał mnie mocno. Skapitulowałem i oddałem pocałunek, przy czym zamknąłem oczy, żeby nie musieć patrzeć na ucieleśnienie zagłady mojej i moich przekonań dotyczących moich preferencji seksualnych. Pocałunek, tak jak szybko się zaczął, tak szybko się skończył. Gdy ja usiłowałem dojść do siebie i przypomnieć sobie jak się nazywam, Arikawa zamknął mnie w uścisku swoich silnych ramion. Otoczył mnie jego zapach, wymieszany z lekką nutką wody kolońskiej. Poczułem, że chłopak delikatnie głaszcze mnie po głowie. Zamknąłem oczy, oddając się przyjemnemu uczuciu, ale zanim zdążyłem na dobre zatonąć, pieszczota została przerwana. Cicho mruknąłem niezadowolony, wtulając się w tors Arikawy.
– Już nie wczepiaj się tak we mnie, muszę jeszcze coś sobie ugotować. Nie mogę wiecznie jechać na chińskich zupkach – powiedział rozbawiony Arikawa. W jego głosie zabrzmiała dobrze wyczuwalna czułość. Delikatnie odsunął mnie od siebie, a to ciepło, do którego zaczynałem się powoli przyzwyczajać, znikło, pozostawiając otaczający mnie chłód. Ze wstydem przyznam, że najchętniej wskoczyłbym na niego i znowu się wtulił w niego wtulił, ale miał rację - nie możemy tak spędzić całego dnia. Poza tym, ludzie zaczynali się gapić.
– Przepraszam – powiedziałem. – To... Do jutra. Cześć. – Posłałem mu niepewny uśmiech.
– Cześć. Kocham cię. – Arikawa cmoknął mnie w czoło i poszedł w swoją stronę, zostawiając mnie stojącego pod blokiem z niepewną miną.
~*~ ~*~ ~*~
SMS-a od Arikawy dostałem za dwadzieścia dziewiętnasta. Mieliśmy spotkać się pod jedynym w mieście kinem. Więc stałem jak idiota pod zatłoczonym budynkiem, nie wiedząc nawet, na jaki film mieliśmy pójść.
Było za pięć siódma, a Arikawy jak nie było, tak nie ma nadal. Na szczęście znalazłem sobie kompanię – wpadłem na niską, dość ładną blondynkę. Naprawdę dobrze mi się z nią rozmawiało. Wiedziałem tylko tyle, że nazywała się Anna, przyjechała tu z Ameryki i wracała do domu z pracy. I że była w moim typie. Nie zrozumcie mnie źle – nie czuję nic do Arikawy, poza tym wciąż jestem hetero. Tak myślę. A Anna była bardzo w moim typie.
Naszą rozmowę przerwał mój „chłopak”. Podszedł do nas, patrząc na Annę podejrzliwie. Przeprosił mnie za spóźnienie i chwycił za nadgarstek. W tej samej chwili poczułem, jak ktoś wciska mi coś do wolnej ręki. Spojrzałem na nią – trzymałem małą karteczkę z napisem:
(**)***-***-*** Zadzwoń
Anna”
Z uśmiechem na ustach schowałem papierek do kieszeni kurtki i spokojnie dałem Arikawie zaciągnąć się do kina. Przez resztę naszej randki chodziła mi po głowie pewna śliczna blondynka…