– Jak
myślisz, Lisa – zaczęła członkini oddziału kobiety. – Czy jest jakikolwiek sens
w narażaniu się? Po
co jedziemy do tych wiosek? Przecież ich mieszkańcy albo nie żyją, albo już
dawno uciekli.
– Rozkaz
to rozkaz. Taki jest nasz obowiązek. Nie możemy tak po prostu zostawić tych
wszystkich ludzi na pastwę losu. Poza tym jeśli ktoś faktycznie zdołał uciec,
to jeśli się na nas natknie, będzie miał większe szanse na przeżycie.
– Hm. –
Na twarzy jadącej obok Lisa’y kobiety wykwitł niepokojący uśmieszek, gdy ta
popędziła konia, zmuszając go do szybszego biegu. – W takim razie lepiej się
pośpieszmy! – Zaśmiała się i odjechała, mocno wyprzedzając swoich
towarzyszy.
– Junko!
– Lisa zacisnęła zęby i również popędziła konia, tak jak reszta żołnierzy. –
Skaranie boskie z tą dziewuchą – warknęła, zaciskając palce na wodzy.
* * *
Trawa
tłumiła stukot kopyt koni Erica i wybranych przez niego ludzi. Stopniowo
zbliżali się do zamku, a Ericowi towarzyszyły coraz mocniejsze złe przeczucia. Zwiadowcy
zostali wypędzeni poza Mury, więc co tu robiła peleryna jednego z nich? Co
znajdą w zamku? Ilu ludzi przeżyło atak? Będą wrogo nastawieni? Co, jeśli tak?
– Za
dużo myślisz, Eric. – Tom zrównał się z przyjacielem i poklepał go po ramieniu.
– Na razie powinniśmy skupić się na dotarciu do tej kupy gruzów. Później
będziemy się martwić resztą.
– Głupi
jesteś, Tom – burknęła jadąca za nim Lena. – Musimy mieć chociaż zarys jakiegokolwiek planu. Jeśli kogoś
tam znajdziemy, może się okazać, że nas zaatakują. Nie wiadomo kto to jest. Prawda,
Adrew? – Kobieta przetarła wierzchem dłoni szkła gogli i spojrzała na cichego,
postawnego mężczyznę, spokojnie siedzącego na swoim wierzchowcu. Ten tylko
wzruszył ramionami i odwrócił wzrok. – I ty przeciwko mnie?! – Zrezygnowana
Lena spuściła głowę i zaczęła mamrotać coś pod nosem.
–
Uspokójcie się. Jesteśmy na misji. Powinniśmy zachować czujność. – Klacz Erica
cicho zarżała, jakby zgadzała się z siedzącym na jej grzbiecie człowiekiem. –
Niedługo wjedziemy w las okalający zamek, więc będziemy musieli zwolnić. Macie
się nie odłączać od grupy i pilnować swoich koni. Zwłaszcza ty, Adrew. Nie ma
odwalania takich akcji jak ostatnio. Jeszcze chwila i uznaliby cię za poległego
w boju!
Po tych
słowach wszyscy umilkli, skupiając się na otoczeniu. Wspinali się na wyżyny
swoich możliwości, zachowując ciszę. Zapewne rozmowa częściowo rozładowałaby
napięcie, ale żołnierze nie chcieli się rozpraszać.
Ku ich
zaskoczeniu, przy bramie prowadzącej na zasypany omszałymi kamieniami
dziedziniec, kręcił się aktywny pięciometrowy tytan. Eric zatrzymał się, a jego
przyjaciele zrobili to samo. Potwór zdawał się być bardzo zainteresowany
ruinami, bo desperacko próbował wspiąć się na sypiący się mur, zupełnie
ignorując wyłamane wrota. Żołnierze zeszli z koni i przywiązali je do pobliskich
drzew, ukrywając je w ich cieniu.
– Miałaś
rację, Lena. Teraz naprawdę potrzebujemy
planu. Dobrego planu – wyszeptał spanikowany Tom. Nikt mu nie odpowiedział.
Mężczyzna spojrzał zdziwiony na swoich towarzyszy, a po chwili jego wzrok
spoczął na dowódcy. – Masz jakiś pomysł, Eric?
* * *
– Co
robimy? – spytała Aki, starając się ignorować walenie w drewniane wrota, które
niedawno zabarykadowali. – Jest nas tu całkiem sporo. Dla tego przyjemniaczka
za drzwiami taka grupka jak my to całkiem niezły obiad. Nie pójdzie stąd, nie
ma takiej opcji.
– Wiem –
warknął Levi, po raz kolejny okrążając pomieszczenie. – A wy? Macie jakieś
genialne pomysły? – zwrócił się do przerażonych Zwiadowców. – Trzęsące portkami
tchórze. – Twarz Ackermana wykrzywiła się w grymasie pogardy. – Kurwa.
Walenie
we wrota ustało, a zdziwieni ludzie spojrzeli w ich stronę. Levi i Aki chwycili
za miecze, szykując się do ewentualnej obrony.
–
Schowajcie się za skrzyniami. Gdy dam sygnał, zaatakujecie – Kapral spojrzał na
podwładnych. – Nie zawalcie. Ty też nie – dodał, patrząc białowłosej w oczy.
– Nie
mam takiego zamiaru. – Zza drzwi dochodziły przytłumione głosy. – Czwórka.
Trzech mężczyzn i kobieta – stwierdziła Yuuri, mocniej zaciskając palce na
rękojeściach mieczy.
* * *
Po lesie
rozszedł się szum uwalniającego się sprężonego gazu i świst wystrzeliwanych
haków. Adrew poszybował nad głową tytana i z gracją wylądował na jednej z
nielicznych całych blank. Zeskoczył z muru, ustępując miejsca towarzyszom,
którzy po kolei wykonali ten sam manewr. Tytan nie zauważył ich, zbyt
zaabsorbowany gryzieniem jednego z luźniejszych kamieni.
–
Wyglądał, jakby próbował go wyciągnąć. – Lena poczuła, jak po jej plecach
przechodzi zimny dreszcz.
–
Upiorne – podsumował Tom. Żołnierze ruszyli w stronę wywarzonych dębowych wrót,
prowadzących do środka warowni. Na ich skrzydłach dostrzegli ślady zębów i
wgniecenia.
– Co tu
się stało? – mruknął do siebie Eric, ostrożnie wchodząc do środka. Przez
niewielkie okna i dziury w suficie do wnętrza ruin wpadało księżycowe
światło. Uwidaczniało spleśniałe arrasy, trzymające się na zardzewiałych
łańcuchach zmatowiałe kandelabry i popękane ściany. „To miejsce kiedyś musiało
być naprawdę piękne” – pomyślał blondyn, rozglądając się po zamku. Nagle
usłyszał mlaskanie i pusty odgłos uderzeń, a do jego nosa dotarł odór krwi.
Jego towarzysze też musieli to poczuć, bo ich twarze wykrzywiły się z
obrzydzenia.
–
Ostrożnie. Tam coś jest – szepnęła Lena, widząc wielki cień, rzucony na
oświetlone przez jedyną zapaloną pochodnię ściany. Podeszli bliżej i ujrzeli
iście makabryczną scenę. Niewielki tytan pakował sobie to ust kolejne kęsy
niemal do czysta ogryzionych ludzkich nóg, waląc głową w nieco już połamane
drzwi. Porzucony tułów trupa leżał na zakrwawionej posadzce, rażąc bielą widocznych
żeber. Wciąż cała twarz człowieka była wykrzywiona w grymasie przerażenia, bólu
i rozpaczy, a puste oczy wpatrywały się w posilającego się potwora. Wydawało
się, że można w nich dostrzec coś na kształt nienawiści i wyrzutu.
Gdy
zastygli z przerażenia żołnierze próbowali dojść do siebie, tytan wydał z
siebie niski pomruk i zaczął węszyć. Spojrzał na zbitych w grupkę
przyjaciół i uśmiechnął się upiornie. Upuścił nogi nieszczęsnego nieboszczyka i
zbliżył się do wojaków, nie wstając z kolan. Gdy był na tyle blisko, że mógłby
odgryźć im głowy, Tom dobył broni i odciął potworowi kark. Tytan upadł i zaczął
parować, a oszołomiony Tom uspokajał oddech, podobnie jak jego towarzysze.
– Było
blisko – stwierdził, chowając broń i wyciągając z kieszeni piersiówkę. Upił
spory łyk, otarł usta i schował ją z powrotem. – Wchodzimy? – Tom wskazał drzwi
głową. Eric zgodził się, mijając zmasakrowane zwłoki żołnierza. Powoli otworzył
wrota, gdy nagle…
– Teraz!
– Dwie sylwetki rzuciły się na nich, a za nimi podążyły kolejne, szybko ich
obezwładniając. Eric poczuł chłodny metal przy szyi. Zamarł. – Kim jesteście?
– O to
samo mogłabym spytać ciebie! – wrzasnęła Lena, szarpiąc się.
–
Kapitan Levi? – spytał cicho Adrew. Oczy wszystkich zwróciły się w stronę
niskiego, czarnowłosego mężczyzny, który z beznamiętnym wyrazem twarzy trzymał miecz
przy gardle Erica.