piątek, 5 maja 2017

A/N

Tak, biorę się za edycję kolejnego opowiadania. Tym razem pod ostrzał trafia "Cień ostrza". Mam już fragment nowego planu. Porównałam go z poprzednim i uprzedzam - fabuła bardzo się zmieni (jeśli zatwierdzę ten plan, który już mam).
Kiedy zaczynałam publikować, moje "umiejętności pisarskie" były jeszcze mniejsze, niż są teraz. Z Aki powoli zrobiła się Mary Sue, a tego chciałabym uniknąć. Poza tym, kiedy brałam się za pisanie 15. rozdziału, musiałam wrócić do poprzednich. Przez wszystkie części w ff nazbierała się masa nieścisłości, w którym się pogubiłam :')
Podsumowując - fabuła się zmieni, Aki się zmieni, wszystko się zmieni. Obecną wersję zamierzam zachować na laptopie, więc jeśli komuś podoba się pierwowzór, to niech skomentuje, czy cu, możemy się jakoś zgadać.
Aksune
PS. Planu jeszcze nie zatwierdziłam, to dopiero pierwszy szkic, więc  nic nie jest jeszcze do końca przesądzone. Może ff zmieni się mniej, może bardziej. Zobaczymy.

środa, 15 lutego 2017

Rozdział 14



– P-puśćcie nas, proszę! – Lena spojrzała błagalnie na jednego z żołnierzy, który pilnował jej i jej towarzyszy. – Musimy dołączyć do naszego oddziału i dokończyć misję!
– Zamknij się – warknął Zwiadowca, nie zaszczycając kobiety nawet jednym spojrzeniem. Lena zacisnęła zęby, myśląc gorączkowo.
– Adrew – szepnęła, szturchając lekko klęczącego za nią mężczyznę. – W tylnej kieszeni moich spodni jest scyzoryk. Dasz radę go wyjąć? – Adrew mruknął coś, opierając się o plecy blondynki i wsuwając dłoń do wspomnianej kieszeni. Wymacał w niej niewielki, podłużny przedmiot i wyciągnął go, obracając w związanych dłoniach. – Świetnie. Teraz spróbuj przeciąć krępujące mnie liny.
Po kilku stresujących minutach piłowania grubych powrozów dawno nieostrzonym nożem, Adrewowi się udało – uwolnił towarzyszkę. Lena, uważnie obserwując stojących przed nią Zwiadowców, również oswobodziła przyjaciela z oddziału. Kobieta przełknęła nerwowo ślinę, szturchając patrzącego przed siebie Toma. Żołnierz spojrzał na nią, a później dostrzegł leżące u jej stóp liny i trzymany przez nią scyzoryk.
– Brawo – pogratulował bezgłośnie Tom. – Nam też pomożecie? – Lena skinęła głową, pochylając się nad linami. Gdy Tom i Eric byli już wyswobodzeni, pokiwali głowami w geście podziękowania, rozcierając przy tym zaczerwienione nadgarstki.
– Hej, stary – powiedział Tom, zachodząc jednego ze Zwiadowców od tyłu. Zdziwiony mężczyzna odwrócił się, po czym upadł na ziemię, powalony ciosem bruneta. – To za moją piersiówkę.
– Serio? – spytał Eric, ogłuszywszy drugiego strażnika. – Nie masz lepszego powodu?
– To jest bardzo dobry powód. Ta była moją ulubioną!
– To ile ty ich masz?
– Dużo. Jak ostatnio liczyłem, to było ich-- – Tomowi przerwał zimny głos białowłosej, której prawe oko żarzyło się pod kapturem:
– A mówiłam im, żeby pilnowało was więcej osób…
* * *
– Czyli technicznie rzecz biorąc, jesteś dziedziczką królewskiego rodu, tak? – spytała Hanji. Christa skinęła głową, spuszczając wzrok.
– Tak naprawdę nazywam się Historia Reiss.
– To ciekawe! – Zoe klasnęła w dłonie. – Wszyscy myślą, że Reissowie to wymarły ród, ale teraz się okazuje, że jesteś ty, więc…
– …z twoją obecnością możemy wrócić za Mury – dokończył Erwin. – Dobrze. Dziękujemy, że nam powiedziałaś, Historio. Możesz już iść. – Dziewczyna skinęła głową i odwróciła się w stronę drzwi.
– Może się pan na razie do mnie zwracać „Christa”? Jeśli to nie problem…
– Oczywiście – powiedział Smith. Blondynka uśmiechnęła się lekko.
– Dziękuję. – Historia otworzyła drzwi, za którymi stał zszokowany Eren.
– E-Eren! – pisnęła Historia, cofając się kilka kroków.
– Co tu robicie, kadecie Jeager? – Zimny wzrok Smitha przeszył chłopaka, który zadrżał, wciąż wpatrując się w blondynkę z niedowierzaniem.
– Ja miałem złożyć raport o ilości pozostałych zapasów. Nie wiedziałem, że--
– Dlaczego nie zapukałeś? – Erwin zmarszczył brwi. – I jakim prawem wiesz o stanie naszych zapasów? To miała być poufna informacja!
– Eren. – Hanji wyraźnie spoważniała. – Nie mów o tym nikomu, rozumiesz? Nikomu. Dla bezpieczeństwa koleżanki z Korpusu.
– Tak jest! – Półtytan zasalutował, kiwając głową, po czym zwrócił się do Erwina. – Sir, co z raportem?
– Składaj go. – Blondyn oparł łokcie o blat stołu i spojrzał na stojącego przed nim żołnierza.
– Zostało nam piętnaście worków zboża, dziewięć worków warzyw i dwa worki suszonego mięsa. – Generał skrzywił się nieznacznie, słysząc te słowa. Wyprostował się i westchnął, przymykając oczy.
– Erwin, wiem, że się powtarzam, ale jeśli oni się naprawdę nie pośpieszą, to z nami koniec – powiedziała zmartwiona Hanji.
– Wiem, Zoe. Wiem.

piątek, 13 stycznia 2017

Rozdział 13



– Kapitan Levi? – spytał cicho Adrew. Oczy wszystkich zwróciły się w stronę niskiego, czarnowłosego mężczyzny, który z beznamiętnym wyrazem twarzy trzymał miecz przy gardle Erica.
– T-to faktycznie on – wyszeptała Lena, wpatrując się w Ackermana z niedowierzaniem.
– Jesteśmy członkami oddziału odpowiadającego za poinformowanie mieszkańców okolicznych wiosek o obecności tytanów. Oddzieliliśmy się od głównej jednostki, gdy znaleźliśmy pozostałości kilku osób, na których zachowały się szczątki mundurów Zwiadowców – wycharczał Eric, czując zimny pot spływający mu po karku. – Wspólnie z towarzyszami stwierdziliśmy, że jeśli ktoś przeżył atak tytanów, to najprawdopodobniej udał się w kierunku tego zamku.
– A my oczywiście mamy grzecznie wam uwierzyć i puścić was wolno. Jasne, już się robi! Związać ich – rzuciła Aki, krępując Toma. Sprawdziła jeszcze wytrzymałość węzła, który zrobiła i wstała, ciągnąć mężczyznę za sobą.
– Moja piersiówka… - jęknął żałośnie Tom, obdarzając rozlany na ziemi alkohol tęsknym spojrzeniem.
* * *
– Junko! – krzyczała dalej Lisa, coraz bardziej oddalając się od reszty żołnierzy, którzy starali się ją dogonić. „Głupio robię.” – Kobieta zacisnęła zęby. – „Bardzo głupio.” – Zaczekaj, do kurwy nędzy! Zaczekaj! – Po zupełnym zgubieniu oddziału i kilkunastu minutach gonienia dziewczyny, zobaczyła przed sobą czarne włosy jej podopiecznej, wpatrującej się w przepaść. – Idiotko! Wiesz jak przez ciebie zboczyliśmy z kursu?! Musisz w końcu przestać ignorować-- – Lisa powoli podjechała do Junko. – Na Mury… – Na twarzy blondynki malowało się przerażenie, kontrastujące z uśmiechem ciemnowłosej, która wpatrywała się w przepaść z zaciekawieniem.
Na jej dnie leżały ciała. Mnóstwo ciał. Niektóre na wpół przegniłe, z widocznymi kośćmi, inne stosunkowo świeże. Część z nich była ubrana w zwykłe, cywilne ubrania – suknie, koszule, te najmniejsze w niegdyś kolorowe, dziecięce fatałaszki, a część w mundury – tych ostatnich było zdecydowanie więcej. Trupy łączyły dwie rzeczy: wszystkie były pokryte śliną, a miejscami były ponadgryzane i wszystkie wyglądały na… zwrócone. W świetle księżyca błyszczały nienaturalnie, co nadawało im upiornego wyglądu.
Na twarzy Lisy zagościło przerażenie. Szybko zeszła z konia i uklękła, wymiotując. Gdy jej żołądek przestał się kurczyć z obrzydzenia, dopadł ją głęboki smutek. Tyle ludzkich istnień, tyle niewinnych dzieci, tyle odważnych żołnierzy, poległych w tak poniżający sposób. Łzy płynęły po jej policzkach wartkim strumieniem, spadając w kałużę wymiocin.
– Ciekawe, jak tu się znalazły – wyszeptała Junko, bujając się w siodle. Jej koń prychnął, jakby wyrażając dezaprobatę i cofnął się o kilka kroków, po czym stanął w miejscu, jak przyrośnięty do ziemi. – Ej! Chciałam popatrzeć! – Dziewczyna klepnęła zwierzę w szyję, zeskakując z niego. – Jak tak, to tak! Nie dostaniesz dziś dodatkowej marchewki. I nie podzielę się cukrem – oświadczyła, skupiając swoją uwagę na szlochającej dowódczyni. – Dlaczego płaczesz? – Junko przekrzywiła głowę, wpatrując się w Lisę z konsternacją.
– Przecież tam leży tak wielu martwych ludzi. Każdy z nich miał marzenia, rodziny, przyjaciół, którzy wypłakiwali sobie oczy po ich śmierci! Tam, tam jest mnóstwo trupków dzieci… – Jasnowłosa pociągnęła nosem, zwracając twarz w stronę towarzyszki.
– A ja dalej nie rozumiem. – Dziewczyna wzruszyła ramionami, a stojący za nią koń pokręcił łbem, przymykając oczy. – Przecież oni już nie żyją, nie? Nic ich nie boli, niczym się nie przejmują, nie muszą się przejmować tytanami… Fajnie mają! A, jeszcze jedno –te twoje „biedne dzieci” i tak by miały przesrane życie. Mówi się trudno. – Junko rozejrzała się, splatając dłonie za plecami. – A tak swoją drogą… Gdzie my jesteśmy? – Gdy do Lisy dotarł sens pytania zadanego przez jej towarzyszkę, zerwała się na równe nogi i popędziła do juk, wyciągając z nich mapę i ołówek.
– Na południowym zachodzie jest las wielkich drzew, na północy widzę rzekę, słońce jest tam… – mamrotała do siebie kobieta, bazgrząc coś na brzegu na wpół zrolowanego papieru. – Jesteśmy tutaj! – Lisa wskazała punkt na mapie, zaznaczyła go i podpisała „rów pełen ciał”.
– Wiesz, gdzie mogła pojechać reszta? – Czarnowłosa pogłaskała swojego konia po chrapach, wplątują palce w jego grzywę.
– Wiem, przecież to ja miałam kierować wyprawą podczas nieobecności dowódcy! Pomyślmy… Jeśli poruszali się w tym samym kierunku, co wcześniej, to powinni być w okolicach następnej wioski, znajdującej się niedaleko wjazdu do lasu. Jeśli się pośpieszymy i nie będziemy znowu bezmyślnie się oddalać – kobieta obdarzyła podopieczną zimnym spojrzeniem – to za jakąś godzinę do nich dołączymy. A gdy wrócimy, zdamy Dowódcy raport o tym, co zobaczyłyśmy.
– Raport? Znowu? – jęknęła Junko, wywracając oczami. – Naprawdę musimy?
– Tak. Wsiadaj na konia, ruszamy. – Lisa wskoczyła na swojego wierzchowca, z zadowoleniem stwierdzając, że czarnowłosa zrobiła to samo. Kobieta ostatni raz spojrzała na przepaść, po czym ruszyła.
– Ale naprawdę musimy składać ten durny raport? – Głos Junko rozniósł się echem po pustej przestrzeni, powoli cichnąc, zagłuszony przez wiatr.

piątek, 23 grudnia 2016

Edycja "Coś o yaoi"

Postanowiłam zedytować "Coś o yaoi". To nie będzie tylko poprawa błędów, ale rozciągnięcie starań Arikawy na dwie, może trzy części. Tak więc dojdą nowe wątki, postaci, itp.! To również oznacza, że rozdziały nieedytowane nie będą związane z fabułą, więc jeśli już przeczytaliście "Coś o yaoi", to możecie to zrobić jeszcze raz po edycji i podzielić się ze mną swoimi wrażeniami! Co Wy na to? ^^
Aksune

Rozdział 12



– Jak myślisz, Lisa – zaczęła członkini oddziału kobiety. – Czy jest jakikolwiek sens w narażaniu się? Po co jedziemy do tych wiosek? Przecież ich mieszkańcy albo nie żyją, albo już dawno uciekli.
– Rozkaz to rozkaz. Taki jest nasz obowiązek. Nie możemy tak po prostu zostawić tych wszystkich ludzi na pastwę losu. Poza tym jeśli ktoś faktycznie zdołał uciec, to jeśli się na nas natknie, będzie miał większe szanse na przeżycie.
– Hm. – Na twarzy jadącej obok Lisa’y kobiety wykwitł niepokojący uśmieszek, gdy ta popędziła konia, zmuszając go do szybszego biegu. – W takim razie lepiej się pośpieszmy! – Zaśmiała się i odjechała, mocno wyprzedzając swoich towarzyszy.
– Junko! – Lisa zacisnęła zęby i również popędziła konia, tak jak reszta żołnierzy. – Skaranie boskie z tą dziewuchą – warknęła, zaciskając palce na wodzy.
* * *
Trawa tłumiła stukot kopyt koni Erica i wybranych przez niego ludzi. Stopniowo zbliżali się do zamku, a Ericowi towarzyszyły coraz mocniejsze złe przeczucia. Zwiadowcy zostali wypędzeni poza Mury, więc co tu robiła peleryna jednego z nich? Co znajdą w zamku? Ilu ludzi przeżyło atak? Będą wrogo nastawieni? Co, jeśli tak?
– Za dużo myślisz, Eric. – Tom zrównał się z przyjacielem i poklepał go po ramieniu. – Na razie powinniśmy skupić się na dotarciu do tej kupy gruzów. Później będziemy się martwić resztą.
– Głupi jesteś, Tom – burknęła jadąca za nim Lena. – Musimy mieć chociaż zarys jakiegokolwiek planu. Jeśli kogoś tam znajdziemy, może się okazać, że nas zaatakują. Nie wiadomo kto to jest. Prawda, Adrew? – Kobieta przetarła wierzchem dłoni szkła gogli i spojrzała na cichego, postawnego mężczyznę, spokojnie siedzącego na swoim wierzchowcu. Ten tylko wzruszył ramionami i odwrócił wzrok. – I ty przeciwko mnie?! – Zrezygnowana Lena spuściła głowę i zaczęła mamrotać coś pod nosem.
– Uspokójcie się. Jesteśmy na misji. Powinniśmy zachować czujność. – Klacz Erica cicho zarżała, jakby zgadzała się z siedzącym na jej grzbiecie człowiekiem. – Niedługo wjedziemy w las okalający zamek, więc będziemy musieli zwolnić. Macie się nie odłączać od grupy i pilnować swoich koni. Zwłaszcza ty, Adrew. Nie ma odwalania takich akcji jak ostatnio. Jeszcze chwila i uznaliby cię za poległego w boju!
Po tych słowach wszyscy umilkli, skupiając się na otoczeniu. Wspinali się na wyżyny swoich możliwości, zachowując ciszę. Zapewne rozmowa częściowo rozładowałaby napięcie, ale żołnierze nie chcieli się rozpraszać.
Ku ich zaskoczeniu, przy bramie prowadzącej na zasypany omszałymi kamieniami dziedziniec, kręcił się aktywny pięciometrowy tytan. Eric zatrzymał się, a jego przyjaciele zrobili to samo. Potwór zdawał się być bardzo zainteresowany ruinami, bo desperacko próbował wspiąć się na sypiący się mur, zupełnie ignorując wyłamane wrota. Żołnierze zeszli z koni i przywiązali je do pobliskich drzew, ukrywając je w ich cieniu.
– Miałaś rację, Lena. Teraz naprawdę potrzebujemy planu. Dobrego planu – wyszeptał spanikowany Tom. Nikt mu nie odpowiedział. Mężczyzna spojrzał zdziwiony na swoich towarzyszy, a po chwili jego wzrok spoczął na dowódcy. – Masz jakiś pomysł, Eric?
* * *
– Co robimy? – spytała Aki, starając się ignorować walenie w drewniane wrota, które niedawno zabarykadowali. – Jest nas tu całkiem sporo. Dla tego przyjemniaczka za drzwiami taka grupka jak my to całkiem niezły obiad. Nie pójdzie stąd, nie ma takiej opcji.
– Wiem – warknął Levi, po raz kolejny okrążając pomieszczenie. – A wy? Macie jakieś genialne pomysły? – zwrócił się do przerażonych Zwiadowców. – Trzęsące portkami tchórze. – Twarz Ackermana wykrzywiła się w grymasie pogardy. – Kurwa.
Walenie we wrota ustało, a zdziwieni ludzie spojrzeli w ich stronę. Levi i Aki chwycili za miecze, szykując się do ewentualnej obrony.
– Schowajcie się za skrzyniami. Gdy dam sygnał, zaatakujecie – Kapral spojrzał na podwładnych. – Nie zawalcie. Ty też nie – dodał, patrząc białowłosej w oczy.
– Nie mam takiego zamiaru. – Zza drzwi dochodziły przytłumione głosy. – Czwórka. Trzech mężczyzn i kobieta – stwierdziła Yuuri, mocniej zaciskając palce na rękojeściach mieczy.
* * *
Po lesie rozszedł się szum uwalniającego się sprężonego gazu i świst wystrzeliwanych haków. Adrew poszybował nad głową tytana i z gracją wylądował na jednej z nielicznych całych blank. Zeskoczył z muru, ustępując miejsca towarzyszom, którzy po kolei wykonali ten sam manewr. Tytan nie zauważył ich, zbyt zaabsorbowany gryzieniem jednego z luźniejszych kamieni.
– Wyglądał, jakby próbował go wyciągnąć. – Lena poczuła, jak po jej plecach przechodzi zimny dreszcz.
– Upiorne – podsumował Tom. Żołnierze ruszyli w stronę wywarzonych dębowych wrót, prowadzących do środka warowni. Na ich skrzydłach dostrzegli ślady zębów i wgniecenia.
– Co tu się stało? – mruknął do siebie Eric, ostrożnie wchodząc do środka. Przez niewielkie okna i dziury w suficie do wnętrza ruin wpadało księżycowe światło. Uwidaczniało spleśniałe arrasy, trzymające się na zardzewiałych łańcuchach zmatowiałe kandelabry i popękane ściany. „To miejsce kiedyś musiało być naprawdę piękne” – pomyślał blondyn, rozglądając się po zamku. Nagle usłyszał mlaskanie i pusty odgłos uderzeń, a do jego nosa dotarł odór krwi. Jego towarzysze też musieli to poczuć, bo ich twarze wykrzywiły się z obrzydzenia.
– Ostrożnie. Tam coś jest – szepnęła Lena, widząc wielki cień, rzucony na oświetlone przez jedyną zapaloną pochodnię ściany. Podeszli bliżej i ujrzeli iście makabryczną scenę. Niewielki tytan pakował sobie to ust kolejne kęsy niemal do czysta ogryzionych ludzkich nóg, waląc głową w nieco już połamane drzwi. Porzucony tułów trupa leżał na zakrwawionej posadzce, rażąc bielą widocznych żeber. Wciąż cała twarz człowieka była wykrzywiona w grymasie przerażenia, bólu i rozpaczy, a puste oczy wpatrywały się w posilającego się potwora. Wydawało się, że można w nich dostrzec coś na kształt nienawiści i wyrzutu.
Gdy zastygli z przerażenia żołnierze próbowali dojść do siebie, tytan wydał z siebie niski pomruk i zaczął węszyć. Spojrzał na zbitych w grupkę przyjaciół i uśmiechnął się upiornie. Upuścił nogi nieszczęsnego nieboszczyka i zbliżył się do wojaków, nie wstając z kolan. Gdy był na tyle blisko, że mógłby odgryźć im głowy, Tom dobył broni i odciął potworowi kark. Tytan upadł i zaczął parować, a oszołomiony Tom uspokajał oddech, podobnie jak jego towarzysze.
– Było blisko – stwierdził, chowając broń i wyciągając z kieszeni piersiówkę. Upił spory łyk, otarł usta i schował ją z powrotem. – Wchodzimy? – Tom wskazał drzwi głową. Eric zgodził się, mijając zmasakrowane zwłoki żołnierza. Powoli otworzył wrota, gdy nagle…
– Teraz! – Dwie sylwetki rzuciły się na nich, a za nimi podążyły kolejne, szybko ich obezwładniając. Eric poczuł chłodny metal przy szyi. Zamarł. – Kim jesteście?
– O to samo mogłabym spytać ciebie! – wrzasnęła Lena, szarpiąc się.
– Kapitan Levi? – spytał cicho Adrew. Oczy wszystkich zwróciły się w stronę niskiego, czarnowłosego mężczyzny, który z beznamiętnym wyrazem twarzy trzymał miecz przy gardle Erica.

piątek, 16 grudnia 2016

Rozdzial 11

"Cień ostrza"



Ruiny zamku wznosiły się nad lasem. Zmęczeni Zwiadowcy odpoczywali, zastanawiając się, co dalej. Sytuacja nie przedstawiała się kolorowo – tytani grasowali wewnątrz muru, gaz się kończył, a plany musiały ulec zmianie. Początkowo mieli się dostać do jednego z większych miast w obrębie Rose, ale teraz ich celem była Sina.
Żołnierze zdecydowali, że spróbują poszukać jakiś zapasów, jedzenia i wody, by później wyruszyć w dalszą drogę. Jeśli chcieli przeżyć, musieli się wykazać.
Tymczasem, kiedy nasi bohaterowie martwili się podróżą, kilka kilometrów dalej znajdował się pluton roznoszący wieści o przybyciu tytanów. Zmierzał w kierunku ruin zamku, za którym były niewielkie wioski. Duże miasta już się ewakuowały, ale niektóre małe wsie nie zostały jeszcze powiadomione o katastrofie. Pomimo nikłej nadziei na ocalenie cywilów, wojacy postanowili spróbować się do nich przebić.
Niedługo później dotarli do miejsca, w którym życie straciło dwóch żołnierzy z oddziału Aki i Levi’a. Krwawe strzępki mundurów i odgryzione kończyny leżały na trawie, tworząc smutną pamiątkę po nieszczęsnych mężczyznach. Spanikowani członkowie Garnizonu zaczęli między sobą szeptać, a ich dowódca zeskoczył z konia i powoli podszedł bliżej szczątek. Ze zdziwieniem zauważył, że na największym ocalałym fragmencie peleryny widniał fragment ubrudzonych Skrzydeł Wolności. „Zwiadowcy? Tutaj?” pomyślał, marszcząc brwi. Jego wzrok przeniósł się na majaczący w oddali zamek.
– Może jest ich więcej… - wymamrotał blondyn, drapiąc się po nieogolonym podbródku. – Lisa! – zwrócił się do czekającej na rozkazy podwładnej. – Tom, Lena, Adrew i ja pojedziemy na północ, w stronę tych ruin. Wychowałaś się w tej okolicy, prawda? Więc poprowadź resztę dalej!
– Tak jest, sir! – Kobieta skinęła głową i ruszyła, ustalając kierunek dalszej podróży.
– Po co się rozdzielamy, Eric? – Tom podjechał do dowódcy, podając mu wodzę należącej do niego klaczy. – Teraz to szczególnie niebezpieczne, wiesz o tym.
– Któryś z towarzyszy tych tu mógł się ostać. Najbliższym schronieniem w okolicy jest ten zamek. – To mówiąc Eric wskazał na rozpadającą się wieżę. – Gdybym był na miejscu takiego pechowca, to ukryłbym się właśnie tam. Przynajmniej odsunąłbym w czasie moment bycia zżeranym żywcem przez te cholerstwa. – Blondyn wskoczył na konia i usadowił się w siodle. – Dlatego wolałbym przynajmniej sprawdzić, czy ktoś tam nie siedzi. Przecież to nasze zadanie, prawda?
* * *
– Myślisz, że im się uda? – świece rzucały ciepłą poświatę na twarze zmartwionych Erwina i Hanji. – Wiem, że dopiero wyruszyli, ale jeśli dalej będziemy zużywać zapasy w takim tempie, to skończą się za kilka dni. Co wtedy zrobimy?
– Nie wiem, Zoe… - pod oczami Smitha widniały fioletowe wory. Od napadu tytanów na obóz Zwiadowców blondyn nie spał zbyt wiele. Stres związany z wypędzeniem Korpusu poza mury, ciągłe poczucie zagrożenia, kurczące się zapasy, brak snu… To wszystko sprawiało, że Erwin marniał coraz bardziej. Powoli, ale jednak. – Zostało nam tylko czekać i ograniczać racje żywnościowe. Módlmy się, żeby wrócili z nowymi zapasami, bo inaczej skończymy jako karma dla tytanów.
Rozmowę przerwało im pukanie do drzwi. Dowódcy wymienili porozumiewawcze spojrzenia, a Erwin udzielił pozwolenia na wejście do pokoju. Zawiasy skrzypnęły cicho, a przed Zwiadowcami stanęła Christa. Dziewczyna weszła do pomieszczenia i zakluczyła drzwi.
– Mówiłaś, że wiesz coś, co może nam pomóc – zaczęła Hanji. Blondynka w odpowiedzi skinęła głową. – Co to takiego?
* * *
– Kapitanie! – krzyk spanikowanego żołnierza rozniósł się echem po ruinach czegoś, co kiedyś było salą balową. Chwilę później Zwiadowcy usłyszeli chrupnięcie i plusk, a krzyk ucichł. Wszyscy zerwali się ze swoich miejsc i dobyli mieczy. Aki i Levi powoli ruszyli przodem, gotowi do odparcia ataku wroga.
Pchnęli spróchniałe, rzeźbione wrota, wyglądając zza nich na korytarz. Ujrzeli na wpół odgryziony tułów kolejnego poległego członka ich oddziału, którego nogi powoli konsumował trzymetrowy tytan, szczerząc się przy tym upiornie. Przerażeni ludzie cofnęli się, nie chcąc skończyć tak samo jak ich kolega, który jeszcze nie tak dawno stał na warcie.
Aki przyłożyła palec do ust, gestem nakazując żołnierzom ciszę. Wycofała się, a gdy reszta też to zrobiła, Zwiadowcy zamknęli wejście na salę.
– Nie pokonamy go w tak ciasnym korytarzu. Nie bez poświęcenia kogoś. Nie możemy marnować gazu, a jeśli stąd wyjdziemy, część z nas skończy tak jak tamten. – Zrezygnowana białowłosa oparła się o ścianę, wzdychając cicho. – Moglibyśmy znaleźć inne wyjście, ale w tym pomieszczeniu nie ma okien, a żadne z nas nie wie, dokąd prowadzą którekolwiek ze znajdujących się tu drzwi.
– Nawet nie myśl o rozdzielaniu się, szczeniaku. Straciliśmy trzech ludzi, a jeśli mamy dostarczyć naszym zapasy, to nie możemy sobie pozwolić na większe straty – warknął Levi.
– Kapitanie… My mamy jakiekolwiek szanse na szczęśliwy powrót? – ciche pytanie siedzącego w koncie bruneta dotarło do uszu Ackermana. – Nie przewidzieliśmy takiej sytuacji – ani tytanów za murem, ani tego, że gaz tak szybko się nam wyczerpie. Przyznajmy to. Prawdopodobnie wszyscy tu zginiemy. Prędzej, czy później.
– Nie pierdol głupot! – Levi ukucnął przy załamanym towarzyszu i mocno złapał go za ramiona, potrząsając nim. – Ile wypraw przeżyłeś?
– Trzy – wyszeptał żołnierz.
– Trzy razy przeszedłeś przez gorsze piekło i wciąż żyjesz! Więc dlaczego sądzisz, że tym razem się nie uda!? – czarnowłosy puścił bruneta i odsunął się od niego. – Wyjdziemy z tego. Wszyscy. Obiecuję wam to.