piątek, 22 stycznia 2016

Psychiczna miłość

Byłem sam w ciemnym korytarzu, na którego końcu były białe drzwi. Podszedłem do nich i je otworzyłem. Widziałem palący się autokar szkolny. Moich krzyczących kolegów z klasy. I małego mnie, stojącego na uboczu, z zapalniczką schowaną w zaciśniętej pięści. Uśmiechałem się. Nie był to przyjazny uśmiech.
><><*><><
Zerwałem się z łóżka z cichym sapnięciem.
Już dawno nie krzyczę.
Spojrzałem na wiszący na ścianie zegarek. Nie opłaca mi się kłaść z powrotem. W kalendarzu wyraźnie była zaznaczona kolejna wizyta u psychiatry.
Dzisiaj.
Nienawidziłem tam chodzić. Wszyscy patrzyli się na mnie jak na jakieś dziwadło, a lekarz, który miał mi pomagać, jest wredny i głupi. Wiem, że zabrzmiałem jak niedojrzały dzieciak, ale taka prawda. Jest chamski i wydaje mi się, że ani trochę nie chce mi pomóc.
Zostaje pytanie, czemu w ogóle muszę tam chodzić? Podobno cierpię na jakąś nieznaną chorobę psychiczną. Kiedy byłem w czwartej klasie podstawówki, pojechałem razem z klasą na wycieczkę szkolną. W pewnym momencie wstałem, podszedłem do kierowcy i chwyciłem kierownicę tak, że autobus wjechał do rowu i przewrócił się na prawy bok. Potem film mi się urywa. Pamiętam, jak obudziłem się z zapalniczką w ręce, a wcześniej wspomniany autokar pochłaniały płomienie. Śni mi się to do dzisiaj. Co lepsze, to nie rozdwojenie jaźni, jak najpierw podejrzewano. Po prostu jestem jebnięty i już. Nikt nie wie co mi jest. Przez to wszystko moja rodzina się mnie wyparła, a znajomi odepchnęli.
- Jestem potworem... - wyszeptałem i lekko się uśmiechnąłem. - ...a nikt nie chce znać potwora.
Nie chodzę do szkoły, bo żadna nie chce mnie przyjąć, więc mam mnóstwo wolnego czasu. To nie znaczy, że jestem idiotą, uczę się sam, w domu. Kiedy chcę, czego chcę, ile chcę... Kiedy mam wizyty u psychiatry, nie uczę się wcale, bo po powrocie do domu jestem tak psychicznie wykończony, że pomimo wczesnej pory od razu uwalam się na łóżko i idę spać. Bo mój kochany lekarz działa na mnie aż tak zbawiennie, że nie mam siły nawet stać.
Odrzuciwszy te niezbyt optymistyczne myśli, zacząłem się ubierać. Już w ciuchach poszedłem do kuchni i wziąłem się za robienie sobie śniadania. Powiedzmy sobie szczerze, moja lodówka w szwach nie pęka. Mieszkam w kawalerce z jednym pokojem, łazienką i kuchnią, a i tak ledwo mnie stać na opłacenie rachunków. No ale co może szesnastoletni szczeniak.
><><*><><
Wyszedłem z szalenie pięknej i ani trochę nie zniszczonej kamienicy w, oczywiście, najbogatszej dzielnicy miasta. Jasne, i co jeszcze? Może samochód za milion dolców i trzy apartamenty, każdy w innym kraju?
Skierowałem swe szlachetne kroki w stronę przystanku autobusowego i wyjąłem bilet. Najbliższy autobus miał być za pięć minut, więc długo czekać nie musiałem. Iście królewski środek transportu zatrzymał się wyładowany po brzegi towarem ludzkim, więc gdy wsiadłem, dosłownie pękał w szwach. Nie udało mi się nawet skasować biletu. Po tej jakże komfortowej podróży wysiadłem i, z trudem łapiąc oddech, schowałem zaoszczędzony kawałek papieru i ruszyłem do wysokiego biurowca, w którym mieścił się gabinet mojego kochanego psychiatry/psychola (niepotrzebne skreślić).
Recepcjonistka była jedną z milszych osób w budynku. Nazywała się Hama Akemi była około 50-letnią blondynką, która dla obcych była zimna, ale dla osób już jej znanych była niemal jak miód na serce. Chociaż miała tendencję do nadużywania słów typu "kochaniutki". Wpuściła mnie bez problemu. Pewnie zaraz pomyślicie: "Łał, chłopak leczy się u jakiejś szychy". Nic z tego. Te całe "szychy" pracują kilka drzwi dalej. Mną zajmuje się całkiem przeciętny, niski, łysy i do tego głupi facecik. Nikt fajny.
- Isao-kun! - krzyknęła za mną Hama-san. - Doktor-- - reszty nie dosłyszałem, bo drzwi windy się za mną zamknęły.
- O co jej chodziło? - mruknąłem pod nosem. Wysiadłem na piętrze jedenastym i niemalże od razu skierowałem swe kroki do gabinetu psychiatry. Pierwsze WTF zaliczyłem, gdy zobaczyłem, że tabliczka z jego nazwiskiem odpłynęła w niebyt. Otworzyłem drzwi i zaliczyłem drugie WTF - za biurkiem wredoty, do którego zdążyłem się przyzwyczaić, siedział jakiś zupełnie obcy mi facet, na oko miał jakieś dwadzieścia, może dwadzieścia jeden lat. Ale nie powiem, był niczego sobie. Miał czarne, trochę przydługie włosy, szare oczy ukryte za szkłami okularów, pełne, różane usta i jasną, niemal białą skórę.
- Kagawa Isao? - do moich uszu dobiegł głęboki, ciepły, męski głos.
- Tak, to ja - potwierdziłem niepewnie. - Gdzie Koga-san? - spytałem podejrzliwie.
- Kaga-san niedawno się wyprowadził, a ja akurat zacząłem pracę. Od dziś to ja będę się tobą zajmować - Mógłbym słuchać jak mówi godzinami. Rozmarzyłem się, bo co jak co, ale głos miał piękny. Nie tylko głos, jeśli mogę tak powiedzieć. - Nazywam się Ichiro Ryu. Mam nadzieję na owocną współpracę - mężczyzna wstał i podszedł do mnie, wyciągając w moją stronę dłoń, którą zaraz uścisnąłem. Zauważyłem, że był mniej-więcej mojego wzrostu. Ichiro-san wrócił na swoje miejsce przy ogarniętym już biurku, które zwykle przedstawiało obraz czystej nędzy i rozpaczy, a ja położyłem się na leżance.
- Dzisiaj wolałbym się po prostu z tobą trochę poznać, w końcu będziemy spędzać ze sobą czas - lekko się do mnie uśmiechnął, a moje serce zabiło mocniej. - Normalną sesję przeprowadzimy następnym razem.
Rozmawialiśmy do końca spotkania. Dowiedziałem się różnych rzeczy, na przykład, że Ichiro mieszka w tym mieście od urodzenia, ma dwadzieścia pięć lat i jest singlem. To ostatnie w sumie mnie zdziwiło, bo jest naprawdę przystojny, nie to co ja. Zupełnie przeciętny 16-latek z brązowymi, krótkimi włosami i niebieskimi oczami. Na następną sesję umówiliśmy się na za dwa tygodnie. Tym razem już nie mogłem się doczekać.
><><*><><
Odkąd Ichiro-san został moim psychiatrą minęły dobre trzy miesiące. Powiem szczerze, że naprawdę polubiłem faceta. W każdym razie, robi mi się ciepło, kiedy go widzę. Problem w tym, że już od gimnazjum wiem, że jestem gejem i od tamtego czasu nie szukałem sobie nikogo, cały czas byłem sam. I chyba się właśnie pierwszy raz w życiu zakochuję, mimo że wiem, że nie mam u gościa żadnych szans. Fuck.
Wracałem właśnie z pracy. O 23:40, w środku nocy. Pracuję w całodobowym sklepie, a szef mnie przytrzymał. Ostatni pociąg już odjechał, a do domu mam kilka kilometrów. W sumie to mieszkam na drugim końcu miasta. Świetnie. Po prostu, kurna, fenomenalnie.
Zauważyłem czarny samochód jadący w moją stronę. Kiedy się zatrzymał, a kierowca opuścił szybę, okazało się, że to Ichiro.
- Ichiro...-san.. Co pan tu robi?
- O to samo mógłbym spytać ciebie - mężczyzna uniósł brew.
- Pracowałem - odwróciłem wzrok. Po chwili zdałem sobie sprawę z tego, jak to brzmiało. - Znaczy, szef mnie przytrzymał dłużej! Pracuję w całodobowym sklepie - dokończyłem ciszej. Kierowca czarnego auta zaśmiał się cicho, po czym spoważniał.
- Ostatni pociąg już odjechał, nie?
- Mhm - przytaknąłem.
- Podwieźć cię? To nie jest żaden problem - lekko się zarumieniłem. Dzięki Bogu, że było ciemno.
- Dobrze, dzięki - wsiadłem, Ichiro ruszył.
- Gdzie mieszkasz? - spytał, patrząc na drogę.
- Daleko, na drugim końcu miasta - odwróciłem wzrok, bo zdałem sobie sprawę z tego, że się gapiłem.
- To może przenocujesz dziś u mnie, a jutro pojedziesz do domu? Pożyczę ci jakieś ubrania.
><><*><><
Jak ja się tu znalazłem? Pomyślałem, rozglądając się po przestronnym mieszkaniu psychiatry.
- Ładnie tu - powiedziałem cicho, a właściciel tylko parsknął. We wnętrzu dominowały ciepłe barwy, jak chociażby brąz.
- Isao.. - przeszedł mnie dreszcz, gdy Ichiro wyszeptał mi do ucha moje imię i przyparł do ściany. Patrzyłem mu zdziwiony w oczy.
- Ichiro-san? - spytałem cicho.
- Ryu - powiedział mi do ucha.
- Co?
- Mów mi Ryu. Powiedz to chociaż raz, proszę - ujął moją dłoń w swoje i lekko zacisnął na niej palce. Cyba zrobiłem się wtedy czerwony.
- Ryu - zacząłem niepewnie. - Ryu - powiedziałem już głośniej. - Ryu-san, co ty robisz?
- Przepraszam, Isao-kun.. Już nie mogę - odparł i wpił się w moje usta. Moje oczy rozszerzyły się w szoku, ale już po chwili odwzajemniałem jego pocałunki. Zataczając się, ruszyliśmy w stronę sypialni mężczyzny.
><><*><><
Obudziłem się, czując na swojej piersi czyjś ciężar, którego właściciel ciasno otaczał mnie ramieniem i owiewał moją szyję swoim ciepłym oddechem. Kiedy otworzyłem oczy i zobaczyłem, że osobą, która na mnie leżała, był nagi Ryu, zalała mnie fala wspomnień.
Jego gorące pocałunki. Jego ciche jęki, wydobywające się z malinowych ust. Jego gorące, ciasne wnętrze. Gładkie ramiona, które przyciskały mnie go jego ciała. Ciepła skóra, której mogłem dotknąć i posmakować. To jak szeptał moje imię, gdy w nim byłem. To jak pozwolił mi się w siebie wtulić i zasnąć u swego boku. To, że mnie nie odrzucił z powodu mojej odmienności. I bicie jego serca, które ukołysało mnie do snu.
Pogłaskałem go po miękkich włosach i cicho westchnąłem. Podejrzewam, że to była tylko jedna, nic nie znacząca noc. Noc, która będzie musiała mi wystarczyć. Usłyszałem ziewnięcie, a chwilę później mogłem już zatopić się w jego głębokich, szarych oczach.
- Dzień dobry, Isao-kun - uśmiechnął się do mnie Ryu.
- Hej - odwzajemniłem uśmiech i poczułem, że zalewa mnie fala smutku. Już nie będzie takich poranków. Nie usłyszę ciepłego głosu, który tak kocham, mówiącego mi "dzień dobry". Nie przytulę już jego właściciela, nie pocałuję. Mój uśmiech zbladł, by po chwili całkiem zniknąć. Uświadomiłem sobie, że prawdopodobnie nie usłyszę od niego tych dwóch pięknych słów, na które podświadomie czekałem. Po moim policzku spłynęła łza. I druga. Trzecia. Po chwili płynęły niekontrolowane, niezależnie ode mnie. Mimo że Ryu był tuż obok, że miałem go w swoich ramionach, nagle poczułem się strasznie samotny. Dotarło do mnie, że znowu będę sam, tak jak zawsze, a przychodząc na terapię tylko przysporzę sobie dodatkowego bólu i przez to nie będę mógł już zobaczyć się z moim ukochanym Ichiro.
- Co się stało? - zmartwienie w jego głosie tylko bardziej mnie dobiło, dając nadzieję. Odwróciłem wzrok, a on pogłaskał mnie po włosach, później po twarzy, ścierając z niej łzy, zaczął błądzić palcami po moich ustach. - To przez to, co wczoraj zrobiliśmy, prawda? - nie doczekawszy się odpowiedzi z mojej strony, ciągnął - Przepraszam, to nigdy nie powinno się zdarzyć. Poniosło mnie - dokończył obojętnym głosem i zabrał dłoń z mojej twarzy, a moje serce zamarło. "To nigdy nie powinno się zdarzyć." - jego zimny głos nadal dźwięczał w mojej głowie. Zacisnąłem powieki, spod których wypłynęło jeszcze więcej łez.
- To nie tylko dlatego - wyszeptałem po chwili zduszonym głosem. - Po prostu chciałem ci coś powiedzieć, ale teraz widzę, że miałem rację myśląc, że to nie ma prawa bytu - po tych słowach rozryczałem się na dobre, pierwszy raz od wielu lat. Świadomość, że moja nadzieja, zrodzona wczoraj, dziś została uznana za płonną i wyrwana z korzeniami z zakamarków mojego serca, sprawiła, że zacząłem się nienawidzić. To dlatego, że jestem jaki jestem, prawda? To dlatego wiecznie jestem sam? To dlatego żałujesz, że nas wczoraj poniosło? Szlochałem pusto, dławiąc się łzami. W pewnym momencie poczułem ciepłe ramiona przygarniające mnie do siebie i w pewnym sensie znajomy zapach, otulający mnie niczym obłok.
- Ćśśś.. Wyrzuć to z siebie - Ryu zaczął głaskać mnie po włosach.
Wyrzuciłem. Opowiedziałem mu wszystko, co jakiś czas szlochając spazmatycznie. Powiedziałem dużo więcej niż na naszych sesjach. O tym, co zrobiłem jak byłem mały. O tym, że wszyscy po kolei się ode mnie odsuwali, odrzucali mnie, od rodziców, po najdalszych znajomych. Że pracuję, bo moja rodzina udaje, że nigdy nie istniałem i nie daje mi nawet środków do życia. Powiedziałem mu, że jest pierwszą osobą, która się mnie nie boi i zbliżyła się do mnie do takiego stopnia, że jest jedynym, który nie uważa mnie za skończonego psychola. Zostało mi już tylko najważniejsze, ostatnie słowa, które z trudem przeszły mi przez gardło.
- Ryu-san... Ja.. Ja.. Kocham cię - wyszeptałem i poczułem, jak adresat wypowiedzi w jednej chwili sztywnieje. - Spokojnie, wiem że ty tego nie odwzajemniasz, chciałem to tylko powiedzieć. Ja po prostu-- - moja wypowiedź została przymusowo zakończona przez słodkie usta mężczyzny. Zamknąłem oczy i zatopiłem się w tym, dławiąc łzy. Ryu przewrócił mnie na łóżko i przycisnął do materaca, wdzierając się do wnętrza moich warg. Po dłuższej chwili oderwaliśmy się od siebie, a niemalże leżący na mnie osobnik pochylił się nad moim uchem i wypowiedział te kilka słów, które wymazały cały smutek i osłodziły słone łzy:
- Też cię kocham Isao. I nie martw się, nie zostawię cię. W moich oczach nie jesteś żadnym psycholem i nie będziesz. Nigdy - przeszedł mnie dreszcz, a gdy sens jego wypowiedzi do końca do mnie doszedł, moją twarz rozjaśnił uśmiech.
Dziękuję. Naprawdę cię kocham, Ichiro Ryu.
><><*><><
W tym momencie mam dwadzieścia lat, Ryu niedawno skończył dwadzieścia dziewięć. Od jakiegoś roku mieszkamy w jednym domu. Zaliczyliśmy już wiele wzlotów i upadków, ale wciąż jesteśmy razem. Na palcach serdecznych naszych prawych dłoni wytatułowane są pierścionki - symbol naszej obietnicy, że zawsze będziemy jednością. Ja wiem jedno - nigdy nie chcę zostawiać mojego Ryu i będę z nim już na zawsze. Do śmierci i jeszcze dłużej.


~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~
Hej :)
Macie tutaj oneshot'a mojego autorstwa. To już (albo dopiero) drugi w moim dorobku. Trochę nad nim siedziałam, więc mam nadzieję, że się podobał. 
Do następnego
Aksune
PS. Strasznie mało dziś mojego biadolenia, nie uważacie?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz