Nazywała się Sylwia. Była normalną, szczęśliwą osiemnastolatką. Jej życie – zwyczajne
do bólu: kochająca rodzina, liceum, spotkania ze znajomymi i chłopakiem,
zakuwanie do testów... Oczywiście - do czasu. Zapewne po takim wstępie
spodziewacie się tandetnego opowiadania z Mary Sue i jej haremem na pierwszym
planie. Cóż, czeka nas zupełnie inna historia...
* * *
Tak jak zawsze przed snem, sięgnęłam po książkę. Lektura mnie odprężała i
ułatwiała zaśnięcie. Po pół godzinie eksploatacji podziemnej krypty z główną
bohaterką dzieła, do mojego pokoju wszedł tata, zgasił światło i
oświadczył, że mam iść spać, bo jutro nie wstanę. „On chyba nie chce
dopuścić do siebie myśli, że jestem pełnoletnia” – pomyślałam, uśmiechając się
pobłażliwie. Z westchnieniem zapaliłam lampkę, odłożyłam opasłe, stosunkowo
nowe i niezniszczone tomiszcze na stoliczek stojący przy łóżku, po czym wstałam
z zamiarem otworzenia okna. Pomimo tego, że czerwiec dopiero się zaczynał, już
było gorąco, więc musiałam to robić, by się nie ugotować.
Spokojnie wróciłam do łóżka i zdjęłam okulary, kładąc je obok książki.
Ułożyłam się na łóżku i przykryłam niebieskim, miękkim kocem. Zaczynało
ogarniać mnie znużenie. Zgasiłam lampkę i cicho ziewnęłam. Przez jakiś czas
kręciłam się z boku na bok, ale w końcu udało mi się odpłynąć do świata marzeń
sennych.
* * *
Z krzykiem otworzyłam oczy i gwałtownie usiadłam. W głowie nadal miałam
mglisty obraz twarzy z mojego koszmaru. Była przerażająca. Wyłupiaste,
przekrwione oczy, poznaczona wieloma bliznami twarz, zalane świeżą krwią
ubranie… I ten uśmiech, straszny uśmiech, ukazujący napsute zęby.
Otrząsnęłam się z szoku, gdy poczułam na ramieniu dłoń. Spojrzałam na jej
właścicielkę – przysadzistą kobietę w średnim wieku, ubraną jak pielęgniarka. „Moment…
Pielęgniarka?” Nie rozumiałam co się działo. Rozejrzałam się po pomieszczeniu,
w którym się znajdowałam. Wszędzie było biało, a lampy wiszące na suficie
raziły oczy. Pomimo rozmazanego obrazu udało mi się dojrzeć stojące pod ścianą
oszklone, jasnoniebieskie szafki, w których najpewniej znajdowały się leki i
przedmioty takie jak bandaże. Obok łóżka, na którym siedziałam, było drugie,
takie same, tylko puste. Gdy spojrzałam na stolik po mojej prawej stronie,
ujrzałam bukiet starych, czerwonych róż, chylących swoje uschnięte główki ku
ziemi.
– Przepraszam panią – zwróciłam się do trzymającej mnie kobiety – co ja tu
robię?
Szatynka przez chwilę mierzyła mnie
zdziwionym wzrokiem, po czym odparła:
– To pani nie pamięta? – zaczęła niepewnie. – Jako jedyna przeżyła pani napad
na pański dom. Właśnie wybudziła się pani ze śpiączki. – Odłożyła mnie na
poduszki, a ja poczułam, że strach oraz niepewność ściskają mi gardło.
– Ile spałam? – spytałam, przerywając ciszę.
– Trzy lata – odparła pielęgniarka. – Pójdę po doktora! Proszę się nie
ruszać! – dodała, po czym pośpiesznie wyszła z sali.
– Trzy lata – wyszeptałam. – Czyli mam już dwadzieścia jeden lat? –
Niedowierzanie, szok i ból wybrzmiały w moim głosie. – Ale zaraz! Jako
jedyna przeżyłam…? – Uświadomiłam sobie, że moja rodzina już nie żyła. Nie
powstrzymałam łez, które napłynęły mi do oczu, pozwalając im swobodnie płynąć.
„Jestem sama… Zupełnie sama” – pomyślałam, gdy lekarz i znana mi już kobieta
weszli do sali. Otarłam twarz wierzchem dłoni i, starając się uspokoić, dałam
się przebadać.
* * *
– Czyli twierdzi pani, że nie pamięta dnia morderstwa? – Policjant z
zeszytem w ręku wszystko skrzętnie notował.
– Tak.
– I że potrafi pani jedynie opisać twarz napastnika?
– Zgadza się – odparłam. Po kolejnych kilku pytaniach, w tym jednym o
szczegóły wyglądu mordercy, siedzący naprzeciwko mnie mężczyzna zatrzasnął swój
notatnik, schował długopis do kieszeni granatowej kurtki i mruknął:
– Interesujące… Dziękuję za rozmowę. Pani przebudzenie może dostarczyć wielu
nowych wskazówek. – Funkcjonariusz uścisnął moją dłoń. – Proszę się w spokoju
kurować. – Uśmiechnął się i wyszedł. Zdążyłam tylko usłyszeć zamykające się
drzwi do mojej nowej kawalerki, którą kupiłam za pieniądze, które zostały mi po
rodzicach.
Z westchnieniem przesiadłam się na kanapę i schowałam twarz w dłoniach.
Psycholog powiedział, że mam depresję, i że mam się nie martwić, bo z tego w
końcu wyjdę. Nie musiał mi tego uświadamiać. Ja to wiem. Prawie nie jem, nie
śpię. Okropnie schudłam, a pod oczami mam ogromne, fioletowe wory. Do tego cały
czas beznadziejnie się czuję.
– To oczywiste, że mam depresję! – warknęłam.
Na małym regale naprzeciwko kanapy stało zdjęcie. Przedstawiało
pięcioosobową, szczęśliwą rodzinę – moją rodzinę. Na pierwszym planie stałam ja
i mój młodszy o cztery lata brat, a za nami rodzice. Ich dłonie były
na naszych ramionach, a mama trzymała pod rękę naszą opierającą się na kuli,
osiemdziesięciopięcioletnią babcię. Wszyscy szczerzyliśmy się jak głupi.
Patrzyłam na ten tkliwy obrazek i czułam, że coraz bardziej ściska mi się
serce. Tęskniłam za nimi. Tak strasznie za nimi tęskniłam. Dlaczego akurat oni?!
Dlaczego?!
– Dlaczego?! – mój krzyk rozniósł się echem po małym mieszkaniu, a po
policzkach spłynęły mi pierwsze łzy. Od mojego przebudzenia minął już prawie
miesiąc, a ja dalej tkwię w miejscu. Nie jestem w stanie się pozbierać. To
tak strasznie boli… Chlipnęłam i skuliłam się w kłębek na kanapie. Rozpłakałam
się na dobre. Nie wiem ile tak leżałam, nie mam pojęcia. Wiem tylko, że w
pewnym momencie usłyszałam trzask, jakby ktoś tłukł szkło.
Zerwałam się na równe nogi i rozejrzałam. Co prawda niewiele to dało, bo
przez łzy i mokre okulary nic nie widziałam. Prędko zsunęłam oprawki z uszu i
otarłam oczy, po czym zaczęłam szybko czyścić szkła. Gdy założyłam je z
powrotem, usłyszałam kroki. Tup, tup, tup…
Robiły się coraz wyraźniejsze, zbliżały się. Zamarłam. Doszło do mnie
skrzypienie otwieranych drzwi. Powoli się odwróciłam i poczułam, że moje serce
się zatrzymało. O framugę opierał się mężczyzna z tamtego dnia.
Krzyknęłam, a jego twarz rozciągnęła się w grymasie przypominającym krzywą,
groteskową karykaturę uśmiechu. Zaczęłam się cofać, byłam blada jak ściana.
Wyglądał jeszcze straszniej niż go zapamiętałam. Długi, ostry, jeszcze nie
splamiony krwią nóż w jego dłoni, pogniecione, brudne ubrania, wytrzeszczone
oczy. Zachichotał, powoli się do mnie zbliżając.
– Kto by pomyślał… Przeżyłaś. Jakim cudem cię nie zabiłem? – Śmiech tego
zwyrodnialca rozniósł się po pomieszczeniu. – Nie mam pojęcia. A ty? Wiesz? –
Zaczęłam drżeć i coraz szybciej się cofać. Zatrzymałam się, gdy trafiłam
plecami na szafę. – Nie, nie wiesz… Nie pamiętasz, tak? Dobre! Widziałem
przez okno jak rozmawiasz z tym policjantem… Nie martw się, on z nikim się
już tym nie podzieli! Ty z resztą też!
Po raz kolejny tego dnia poczułam ciepłe łzy, płynące mi po twarzy. „Nie
chcę umierać!” – rozpaczliwa myśl przemknęła mi przez głowę. Przerażający
mężczyzna podchodził bliżej i bliżej, a ostrze, które trzymał w ręku
błyszczało złowrogo w świetle lampy.
– Jak chcesz zginąć!? Wypatroszenie żywcem? Spalenie? Może kolumbijski
krawat? [1] Co wolisz!? – był
już na tyle blisko, że niemal czułam jego cuchnący oddech na twarzy. W desperackiej
próbie obrony zaczęłam go kopać, bić i drapać. Gdy przeryłam mu twarz
paznokciami zawył z bólu, po czym złapał mnie za rękę i spojrzał na mnie swoimi
przepełnionymi coraz większą żądzą mordu oczami.
– Wiesz co!? Po prostu cię zabiję! – znów zachichotał, po czym wzniósł swój
nóż i zatopił go w mojej klatce piersiowej. Z mojego gardła wydobył się
krzyk, który z każdym kolejnym pchnięciem psychopaty stopniowo zmieniał się w
chrapliwe rzężenie. Osunęłam się na ziemię, znacząc ją krwią. Powoli osuwałam
się w ciemność. Ostatnie co zobaczyłam, to zakrwawione ostrze, zbliżające się
do mojego oka.
* * *
Krzyknęłam, zrywając się z łóżka. Do mojego pokoju przez lekko odsłonięte
okna wpadało światło dnia. Byłam zdyszana i spocona do tego stopnia, że moja
pidżama kleiła mi się do ciała. Zadrżałam na wspomnienie czegoś, co
wydawało się być snem. Kolejnym przerażającym koszmarem, opowiadającym historię
o utracie rodziny i ujawniającym wizję mojej własnej śmierci.
Do pokoju wpadła mama i podeszła do mnie zaniepokojona.
– Wszystko w porządku skarbie? – widziałam troskę w jej oczach. „Ona żyje…
Ona żyje!” Zachlipałam cicho i mocno ją przytuliłam.
– Tak mamo. To tylko zły sen – lekko się uśmiechnęłam i uścisnęłam ją
mocniej. „Właśnie…! To był tylko sen! Tylko sen…”
* * *
Sylwia, przeżywając chwilę ulgi po wybudzeniu się ze strasznego koszmaru,
nie zauważyła, że ktoś ją obserwował. Między gałęziami drzewa rosnącego w
ogrodzie przy domu dziewczyny, siedziała zakapturzona postać, której twarz
wykrzywiał grymas przypominający krzywą, groteskową karykaturę uśmiechu…
[1] Kolumbijski krawat – tortura
pochodząca z Kolumbii. Polega na takim podcięciu gardła, aby zrobić otwór,
przez który przeciąga się język, tak by wystawał on z otwartej rany. Ofiara
umiera, dławiąc i dusząc się własną krwią. To jedna z najbrutalniejszych i
najokrutniejszych metod uśmiercania.
~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~
Hejka!
Co sądzicie o moim nowym one-shot'cie? Strasznie się przy nim napracowałam, to on spowodował to opóźnienie ^^' Jeszcze raz za nie przepraszam! Mam nadzieję, że to, co właśnie przeczytaliście, odkupi moje winy xD
Poważnie się zastanawiam nad wstawianiem rozdziałów co dwa tygodnie. Decyzja jeszcze nie zapadła, więc jeśli kogoś to zmartwiło - spokojnie!
Miłego dnia/nocy
Aksune~
PS. Zgadnijcie, co wypada za tydzień! ^^ Kto zgadnie? Kto? (Podpowiedź - poszperajcie troszkę na moim blogu, to się dowiecie :D Chyba, że się Wam nie chce, wtedy po prostu poczekajcie xD)
PS. Zgadnijcie, co wypada za tydzień! ^^ Kto zgadnie? Kto? (Podpowiedź - poszperajcie troszkę na moim blogu, to się dowiecie :D Chyba, że się Wam nie chce, wtedy po prostu poczekajcie xD)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz