– Kapitan Levi? – spytał cicho
Adrew. Oczy wszystkich zwróciły się w stronę niskiego, czarnowłosego mężczyzny,
który z beznamiętnym wyrazem twarzy trzymał miecz przy gardle Erica.
– T-to faktycznie
on – wyszeptała Lena, wpatrując się w Ackermana z niedowierzaniem.
–
Jesteśmy członkami oddziału odpowiadającego za poinformowanie mieszkańców
okolicznych wiosek o obecności tytanów. Oddzieliliśmy się od głównej jednostki,
gdy znaleźliśmy pozostałości kilku osób, na których zachowały się szczątki mundurów
Zwiadowców – wycharczał Eric, czując zimny pot spływający mu po karku. –
Wspólnie z towarzyszami stwierdziliśmy, że jeśli ktoś przeżył atak tytanów, to
najprawdopodobniej udał się w kierunku tego zamku.
– A my
oczywiście mamy grzecznie wam uwierzyć i puścić was wolno. Jasne, już się robi!
Związać ich – rzuciła Aki, krępując Toma. Sprawdziła jeszcze wytrzymałość węzła,
który zrobiła i wstała, ciągnąć mężczyznę za sobą.
– Moja
piersiówka… - jęknął żałośnie Tom, obdarzając rozlany na ziemi alkohol tęsknym
spojrzeniem.
* * *
– Junko!
– krzyczała dalej Lisa, coraz bardziej oddalając się od reszty żołnierzy,
którzy starali się ją dogonić. „Głupio robię.” – Kobieta zacisnęła zęby. –
„Bardzo głupio.” – Zaczekaj, do kurwy nędzy! Zaczekaj! – Po zupełnym zgubieniu
oddziału i kilkunastu minutach gonienia dziewczyny, zobaczyła przed sobą czarne
włosy jej podopiecznej, wpatrującej się w przepaść. – Idiotko! Wiesz jak przez
ciebie zboczyliśmy z kursu?! Musisz w końcu przestać ignorować-- – Lisa powoli
podjechała do Junko. – Na Mury… – Na twarzy blondynki malowało się przerażenie,
kontrastujące z uśmiechem ciemnowłosej, która wpatrywała się w przepaść z
zaciekawieniem.
Na jej
dnie leżały ciała. Mnóstwo ciał. Niektóre na wpół przegniłe, z widocznymi
kośćmi, inne stosunkowo świeże. Część z nich była ubrana w zwykłe, cywilne
ubrania – suknie, koszule, te najmniejsze w niegdyś kolorowe, dziecięce
fatałaszki, a część w mundury – tych ostatnich było zdecydowanie więcej. Trupy
łączyły dwie rzeczy: wszystkie były pokryte śliną, a miejscami były ponadgryzane
i wszystkie wyglądały na… zwrócone. W świetle księżyca błyszczały
nienaturalnie, co nadawało im upiornego wyglądu.
Na
twarzy Lisy zagościło przerażenie. Szybko zeszła z konia i uklękła, wymiotując.
Gdy jej żołądek przestał się kurczyć z obrzydzenia, dopadł ją głęboki smutek.
Tyle ludzkich istnień, tyle niewinnych dzieci, tyle odważnych żołnierzy,
poległych w tak poniżający sposób. Łzy płynęły po jej policzkach wartkim
strumieniem, spadając w kałużę wymiocin.
–
Ciekawe, jak tu się znalazły – wyszeptała Junko, bujając się w siodle. Jej koń
prychnął, jakby wyrażając dezaprobatę i cofnął się o kilka kroków, po czym
stanął w miejscu, jak przyrośnięty do ziemi. – Ej! Chciałam popatrzeć! –
Dziewczyna klepnęła zwierzę w szyję, zeskakując z niego. – Jak tak, to tak! Nie
dostaniesz dziś dodatkowej marchewki. I nie podzielę się cukrem – oświadczyła,
skupiając swoją uwagę na szlochającej dowódczyni. – Dlaczego płaczesz? – Junko
przekrzywiła głowę, wpatrując się w Lisę z konsternacją.
– Przecież
tam leży tak wielu martwych ludzi. Każdy z nich miał marzenia, rodziny,
przyjaciół, którzy wypłakiwali sobie oczy po ich śmierci! Tam, tam jest mnóstwo
trupków dzieci… – Jasnowłosa pociągnęła nosem, zwracając twarz w stronę
towarzyszki.
– A ja
dalej nie rozumiem. – Dziewczyna wzruszyła ramionami, a stojący za nią koń
pokręcił łbem, przymykając oczy. – Przecież oni już nie żyją, nie? Nic ich nie
boli, niczym się nie przejmują, nie muszą się przejmować tytanami… Fajnie mają!
A, jeszcze jedno –te twoje „biedne dzieci” i tak by miały przesrane życie. Mówi
się trudno. – Junko rozejrzała się, splatając dłonie za plecami. – A tak swoją
drogą… Gdzie my jesteśmy? – Gdy do Lisy dotarł sens pytania zadanego przez jej
towarzyszkę, zerwała się na równe nogi i popędziła do juk, wyciągając z nich
mapę i ołówek.
– Na
południowym zachodzie jest las wielkich drzew, na północy widzę rzekę, słońce
jest tam… – mamrotała do siebie kobieta, bazgrząc coś na brzegu na wpół
zrolowanego papieru. – Jesteśmy tutaj! – Lisa wskazała punkt na mapie,
zaznaczyła go i podpisała „rów pełen ciał”.
– Wiesz,
gdzie mogła pojechać reszta? – Czarnowłosa pogłaskała swojego konia po
chrapach, wplątują palce w jego grzywę.
– Wiem,
przecież to ja miałam kierować wyprawą podczas nieobecności dowódcy! Pomyślmy… Jeśli
poruszali się w tym samym kierunku, co wcześniej, to powinni być w okolicach
następnej wioski, znajdującej się niedaleko wjazdu do lasu. Jeśli się
pośpieszymy i nie będziemy znowu bezmyślnie się oddalać – kobieta obdarzyła podopieczną
zimnym spojrzeniem – to za jakąś godzinę do nich dołączymy. A gdy wrócimy,
zdamy Dowódcy raport o tym, co zobaczyłyśmy.
–
Raport? Znowu? – jęknęła Junko, wywracając oczami. – Naprawdę musimy?
– Tak.
Wsiadaj na konia, ruszamy. – Lisa wskoczyła na swojego wierzchowca, z
zadowoleniem stwierdzając, że czarnowłosa zrobiła to samo. Kobieta ostatni raz
spojrzała na przepaść, po czym ruszyła.
– Ale
naprawdę musimy składać ten durny raport? – Głos Junko rozniósł się echem po
pustej przestrzeni, powoli cichnąc, zagłuszony przez wiatr.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz