piątek, 13 stycznia 2017

Rozdział 13



– Kapitan Levi? – spytał cicho Adrew. Oczy wszystkich zwróciły się w stronę niskiego, czarnowłosego mężczyzny, który z beznamiętnym wyrazem twarzy trzymał miecz przy gardle Erica.
– T-to faktycznie on – wyszeptała Lena, wpatrując się w Ackermana z niedowierzaniem.
– Jesteśmy członkami oddziału odpowiadającego za poinformowanie mieszkańców okolicznych wiosek o obecności tytanów. Oddzieliliśmy się od głównej jednostki, gdy znaleźliśmy pozostałości kilku osób, na których zachowały się szczątki mundurów Zwiadowców – wycharczał Eric, czując zimny pot spływający mu po karku. – Wspólnie z towarzyszami stwierdziliśmy, że jeśli ktoś przeżył atak tytanów, to najprawdopodobniej udał się w kierunku tego zamku.
– A my oczywiście mamy grzecznie wam uwierzyć i puścić was wolno. Jasne, już się robi! Związać ich – rzuciła Aki, krępując Toma. Sprawdziła jeszcze wytrzymałość węzła, który zrobiła i wstała, ciągnąć mężczyznę za sobą.
– Moja piersiówka… - jęknął żałośnie Tom, obdarzając rozlany na ziemi alkohol tęsknym spojrzeniem.
* * *
– Junko! – krzyczała dalej Lisa, coraz bardziej oddalając się od reszty żołnierzy, którzy starali się ją dogonić. „Głupio robię.” – Kobieta zacisnęła zęby. – „Bardzo głupio.” – Zaczekaj, do kurwy nędzy! Zaczekaj! – Po zupełnym zgubieniu oddziału i kilkunastu minutach gonienia dziewczyny, zobaczyła przed sobą czarne włosy jej podopiecznej, wpatrującej się w przepaść. – Idiotko! Wiesz jak przez ciebie zboczyliśmy z kursu?! Musisz w końcu przestać ignorować-- – Lisa powoli podjechała do Junko. – Na Mury… – Na twarzy blondynki malowało się przerażenie, kontrastujące z uśmiechem ciemnowłosej, która wpatrywała się w przepaść z zaciekawieniem.
Na jej dnie leżały ciała. Mnóstwo ciał. Niektóre na wpół przegniłe, z widocznymi kośćmi, inne stosunkowo świeże. Część z nich była ubrana w zwykłe, cywilne ubrania – suknie, koszule, te najmniejsze w niegdyś kolorowe, dziecięce fatałaszki, a część w mundury – tych ostatnich było zdecydowanie więcej. Trupy łączyły dwie rzeczy: wszystkie były pokryte śliną, a miejscami były ponadgryzane i wszystkie wyglądały na… zwrócone. W świetle księżyca błyszczały nienaturalnie, co nadawało im upiornego wyglądu.
Na twarzy Lisy zagościło przerażenie. Szybko zeszła z konia i uklękła, wymiotując. Gdy jej żołądek przestał się kurczyć z obrzydzenia, dopadł ją głęboki smutek. Tyle ludzkich istnień, tyle niewinnych dzieci, tyle odważnych żołnierzy, poległych w tak poniżający sposób. Łzy płynęły po jej policzkach wartkim strumieniem, spadając w kałużę wymiocin.
– Ciekawe, jak tu się znalazły – wyszeptała Junko, bujając się w siodle. Jej koń prychnął, jakby wyrażając dezaprobatę i cofnął się o kilka kroków, po czym stanął w miejscu, jak przyrośnięty do ziemi. – Ej! Chciałam popatrzeć! – Dziewczyna klepnęła zwierzę w szyję, zeskakując z niego. – Jak tak, to tak! Nie dostaniesz dziś dodatkowej marchewki. I nie podzielę się cukrem – oświadczyła, skupiając swoją uwagę na szlochającej dowódczyni. – Dlaczego płaczesz? – Junko przekrzywiła głowę, wpatrując się w Lisę z konsternacją.
– Przecież tam leży tak wielu martwych ludzi. Każdy z nich miał marzenia, rodziny, przyjaciół, którzy wypłakiwali sobie oczy po ich śmierci! Tam, tam jest mnóstwo trupków dzieci… – Jasnowłosa pociągnęła nosem, zwracając twarz w stronę towarzyszki.
– A ja dalej nie rozumiem. – Dziewczyna wzruszyła ramionami, a stojący za nią koń pokręcił łbem, przymykając oczy. – Przecież oni już nie żyją, nie? Nic ich nie boli, niczym się nie przejmują, nie muszą się przejmować tytanami… Fajnie mają! A, jeszcze jedno –te twoje „biedne dzieci” i tak by miały przesrane życie. Mówi się trudno. – Junko rozejrzała się, splatając dłonie za plecami. – A tak swoją drogą… Gdzie my jesteśmy? – Gdy do Lisy dotarł sens pytania zadanego przez jej towarzyszkę, zerwała się na równe nogi i popędziła do juk, wyciągając z nich mapę i ołówek.
– Na południowym zachodzie jest las wielkich drzew, na północy widzę rzekę, słońce jest tam… – mamrotała do siebie kobieta, bazgrząc coś na brzegu na wpół zrolowanego papieru. – Jesteśmy tutaj! – Lisa wskazała punkt na mapie, zaznaczyła go i podpisała „rów pełen ciał”.
– Wiesz, gdzie mogła pojechać reszta? – Czarnowłosa pogłaskała swojego konia po chrapach, wplątują palce w jego grzywę.
– Wiem, przecież to ja miałam kierować wyprawą podczas nieobecności dowódcy! Pomyślmy… Jeśli poruszali się w tym samym kierunku, co wcześniej, to powinni być w okolicach następnej wioski, znajdującej się niedaleko wjazdu do lasu. Jeśli się pośpieszymy i nie będziemy znowu bezmyślnie się oddalać – kobieta obdarzyła podopieczną zimnym spojrzeniem – to za jakąś godzinę do nich dołączymy. A gdy wrócimy, zdamy Dowódcy raport o tym, co zobaczyłyśmy.
– Raport? Znowu? – jęknęła Junko, wywracając oczami. – Naprawdę musimy?
– Tak. Wsiadaj na konia, ruszamy. – Lisa wskoczyła na swojego wierzchowca, z zadowoleniem stwierdzając, że czarnowłosa zrobiła to samo. Kobieta ostatni raz spojrzała na przepaść, po czym ruszyła.
– Ale naprawdę musimy składać ten durny raport? – Głos Junko rozniósł się echem po pustej przestrzeni, powoli cichnąc, zagłuszony przez wiatr.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz