sobota, 17 października 2015

Rozdział 3

"Cień ostrza"

Od spotkania z Erwinem nie mogłam się otrząsnąć z szoku. Chociaż teraz pewnie powinnam o nim mówić: "Dowódca Erwin"... Ja w Korpusie Zwiadowczym?! Wolne żarty! Przez skrzynię nie przeskoczę, a co dopiero przez tytana... Nawet ze sprzętem do 3DMG.
Poszłam zgaszona na stołówkę i usiadłam przy pierwszym lepszym pustym stole. Nawet nie wzięłam nic do jedzenia. Po prostu się wyłączyłam i pustym wzrokiem gapiłam się w blat. Nie zauważyłam, że wszyscy się na mnie patrzą i coś szepczą. W tej chwili byli na liście mniej ważnych problemów. Tak samo jak uporczywa grzywka co chwila wpadająca mi w oczy. Na ziemię przywróciło mnie szarpanie za rękaw bluzy. Już miałam powiedzieć temu irytującemu osobnikowi żeby się odwalił, bo właśnie przeżywam kryzys, kiedy spostrzegłam, że to Eren i w ostatniej chwili ugryzłam się w język.
- Co? - nawet nie siliłam się na uśmiech i słodkie słówka. W tej chwili, nawet nie wiem czemu, miałam ochotę komuś przywalić. Mocno. Hm...chyba coś jest ze mną nie tak. Tylko co?
- Chodź! Wszyscy chcą cię poznać!-uśmiechnął się do mnie. Cóż, najwyraźniej moja mina nie była dostatecznie nieprzyjazna by oddalić ode mnie widmo rozmowy z kimkolwiek... Z cichym westchnieniem wstałam ze swojego jakże przytulnego miejsca i ruszyłam za szatynem. Po krótkim "spacerze" dotarliśmy do stołu przy którym siedzieli wszyscy jego przyjaciele. I Jean. Zawsze zastanawiało mnie jakim cudem on i Eren potrafili przy posiłkach przebywać w odległości mniejszej niż dwa-trzy kilometry od siebie i się nie pobić. Zaskakujące co jedzenie potrafi zrobić z dorastającym żołnierzem. Chłopak przede mną zaczął nawijać kto jest kim (jakbym nie wiedziała...), a ja po prostu stałam i wodziłam po nich niezbyt radosnym wzrokiem. W pewnym momencie chyba odpłynęłam, bo nie usłyszałam jak ktoś mnie woła. Dopiero Armin mi to uświadomił. To była... Hanji. Nie potrafię powiedzieć dlaczego, ale ta kobieta dopiero teraz zaczęła mnie wkurzać. Podeszła do nas z taką miną, że miałam ochotę zacząć krzyczeć: "Jestem tylko człowiekiem! Tylko człowiekiem!"
* * *
Od mojego pamiętnego spotkania z DOWÓDCĄ Erwinem, minęły trzy tygodnie. Właściwie przeleciały. Nie miałam czasu na nic. Zoe wywalała mnie z łóżka o godzinie szóstej (jestem żywym potwierdzeniem teorii, że nienawidzisz tego kto cię budzi), zaganiała na stołówkę, skrócony trening (jeśli on był skrócony, to ja jestem święty Antonii) i lekcje z teorii. A potem dopadał mnie Levi. Chyba naprawdę za mną nie przepada, bo jak tylko miałam wolną chwilę albo akurat udało mi się wymknąć czujnemu oku Hanji, kazał mi sprzątać. Trzy razy sprzątać to samo miejsce. To chyba nie jest normalne. Na tę chwilę mogę nawet przytoczyć dowód jego całkowitego braku sympatii do mojej osoby. Chyba że w sztuce ukrywania myśli i uczuć osiągnął tak wysoki poziom, że nie okazuje ich prawie nikomu. Obie opcje są dosyć...prawdopodobne.
Kilka dni temu, po męczarniach zgotowanych mi przez maniaczkę tytanów, padłam zmęczona na łóżko, cicho w nie złorzecząc. Zamknęłam oczy i zasłoniłam je przedramieniem, ciesząc się tą ulotną chwilą wolności, gdy przypomniałam sobie o Kapralu. W jednej sekundzie byłam na nogach i rozglądałam się gorączkowo za dobrą kryjówką. Nie miałam ani krzty ochoty na ponowne spotkanie z jakże już znienawidzonymi szczotką, zmiotką i płynem do mycia okien. Wtedy wpadłam na pewien pomysł. Szybko spakowałam najpotrzebniejsze rzeczy, porwałam kompas i oświadczyłam wychodząc:
~ Hanji, wyprowadzam się na biegun północny.
~ A gdzie to?
~ Tam ~ wskazałam kierunek. ~ Oż ty w życiu... Cofam to, na południowy! Albo wiesz co? Na równik ~ z tymi słowami na ustach odwróciłam się i oparłam rękę o biodro. ~Teraz pozostaje pytanie: wolę Levi'a ze szczotką i szmatą do kurzu czy bandę rozwścieczonych, dzikich zwierząt chcących mnie pożreć..? ~ zastanowiłam się chwilę. ~ Zdecydowanie to drugie! ~ ruszyłam nie patrząc przed siebie i na kogoś wpadłam. Tym kimś okazał być się nie kto inny, jak Kapral.
~ Właśnie sobie przesrałaś, bachorze ~ ton jego głosu i chęć mordu w oczach upewniły mnie, że nie żartuje. Resztę tego dnia spędziłam na gorączkowym sprzątaniu i unikaniu jakiegokolwiek kontaktu z tym jakże miłym i przyjaznym pedantem.
* * *
Z każdym dniem w oddziale coraz głośniej było o nadchodzącej wyprawie za mury. Ekipa kaprala jeszcze żyje, więc podejrzewam że to ta o której opowiada SnK. Kobieta tytan, te sprawy... Podobno ja też mam jechać. Ciekawe jakie szanse mam na przeżycie... Pewnie znikome, nie ukrywajmy, z moim talentem do ściągania na siebie pecha, pewnie wyląduję na prawym, całkowicie na ekspedycji rozgromionym, skrzydle. Więc policzmy. Najpierw spadłam na głowę Erena z całkiem sporej wysokości i powinnam dziękować Bogu, że jeszcze nie zostałam przerobiona na placek, szaszłyk, czy co kto tam chce. Później przez prawie cały mój pobyt tutaj unikałam śmierci z rąk Levi'a i "baby". No i teraz za mury. Hura, pora ginąć! Po raz...któryśtam!
* * *
Nastał dzień wyprawy. Albo, mówiąc prościej, mojego odejścia z tego świata. W sumie to nie pamiętam przygotowań. Ocknęłam się dopiero, gdy Erwin obwieścił rozpoczęcie ekspedycji. Albo raczej wywrzeszczał. Zaczynamy podróż do piekła! Zdecydowanie wolę cały dzień matmy.
- Przejść do formacji rozpoznania! - rozkaz rozniósł się po pustej przestrzeni. I teraz, znaczy wczoraj, dosłownie spadłam z krzesła. Levi chyba też, tylko że mentalnie. Bo, uwaga, uwaga, nasz ukochany dowódca postanowił wepchnąć mnie do  oddziału Kaprala. Powiedział, zacytuję: "I nie ma żadnych ale." Ja miałam kilka obiekcji, chociażby to, że nie nadaję się na elitarnego żołnierza. Jednak w głębi duszy się cieszyłam. Będę w najbezpieczniejszym miejscu najniebezpieczniejszego miejsca na świecie, kto by się nie cieszył?
Jechałam obok Erena i w sumie nie narzekałam. Na razie było w miarę spokojnie, tylko od czasu do czasu przyjeżdżał żołnierz z jakimś raportem. Po paru minutach dalszej jazdy na horyzoncie zamajaczył tytan. Biegł prosto na nas, stopniowo zwiększając prędkość. Na rozkaz Levi'a Petra wystrzeliła racę, jednak nawet dla mnie oczywistym było, że informacja nie dotrze do dowódcy na czas, musieliśmy walczyć. Czas znów zwolnił, inaczej niż na treningach. Domyślałam się, że moje prawe oko znów zaczęło jarzyć się tym nienaturalnym, czerwonym blaskiem. Reszta chyba to zauważyła, bo zaczęła wpatrywać się we mnie z lekkim niepokojem.
Odległość ok. 20 metrów, wysokość prawie 15 - myśl w mojej głowie pojawiła się i rozbrzmiewała jak uderzenia bębna.
- Aki, co zamierzasz.. - Eren nie zdążył dokończyć zdania, bo w tym momencie poddałam się instynktowi i wystrzeliłam linkę, bezbłędnie trafiając w ramię olbrzyma. Przyciągnęłam się do niego i zanim ktokolwiek zareagował, błyskawicznie go zabiłam. Wróciłam na konia i w milczeniu dogoniłam oddział.
- Kadecie, co to kurwa było?! - Levi wydarł się na mnie i rzucił mi spojrzenie pod którym każdy by się ugiął. Tyle że dziwnym trafem ja nie.
- Zlikwidowanie zagrożenia. To było oczywiste, że informacja nie dotrze do Erwina na czas i nie zdąży on wydać rozkazu dotyczącego zmiany kierunku - odparłam dziwnie zimnym i nieswoim głosem. -Nawet ja zdaję sobie z tego sprawę. Nie jestem aż tak głupia, za jaką mnie masz - odwzajemniłam jego zimne spojrzenie i obojętnym wzrokiem zaczęłam przeszukiwać horyzont. Chwilę po tym przygalopował do nas żołnierz z informacją dotyczącą prawego skrzydła. Nie zdziwiła mnie ona za bardzo, bo wszystko to wiedziałam, widziałam na ekranie. Mój wzrok nie zmienił się ani trochę. Czułam na sobie zaniepokojone spojrzenia członków oddziału Levi'a.
Niedługo pojawi się tytanka, a wtedy rozpęta się prawdziwe piekło... - zacisnęłam palce na wodzy i wypatrywałam jej. - Chodź tu i spróbuj. Zatańczymy, Annie.

~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~
Ohayo ^^
Oto 3 rozdział opowiadania już z tytułem! Na pomysł wpadłam jakiś czas temu, ale w życie wprowadziłam go dopiero teraz. Mondrość by Aksune! I nie myślcie sobie, że ten błąd to przez przypadek, o nie, tak dobrze nie ma... xD 
Pozdrawiam
Aksune 



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz