piątek, 23 grudnia 2016

Rozdział 12



– Jak myślisz, Lisa – zaczęła członkini oddziału kobiety. – Czy jest jakikolwiek sens w narażaniu się? Po co jedziemy do tych wiosek? Przecież ich mieszkańcy albo nie żyją, albo już dawno uciekli.
– Rozkaz to rozkaz. Taki jest nasz obowiązek. Nie możemy tak po prostu zostawić tych wszystkich ludzi na pastwę losu. Poza tym jeśli ktoś faktycznie zdołał uciec, to jeśli się na nas natknie, będzie miał większe szanse na przeżycie.
– Hm. – Na twarzy jadącej obok Lisa’y kobiety wykwitł niepokojący uśmieszek, gdy ta popędziła konia, zmuszając go do szybszego biegu. – W takim razie lepiej się pośpieszmy! – Zaśmiała się i odjechała, mocno wyprzedzając swoich towarzyszy.
– Junko! – Lisa zacisnęła zęby i również popędziła konia, tak jak reszta żołnierzy. – Skaranie boskie z tą dziewuchą – warknęła, zaciskając palce na wodzy.
* * *
Trawa tłumiła stukot kopyt koni Erica i wybranych przez niego ludzi. Stopniowo zbliżali się do zamku, a Ericowi towarzyszyły coraz mocniejsze złe przeczucia. Zwiadowcy zostali wypędzeni poza Mury, więc co tu robiła peleryna jednego z nich? Co znajdą w zamku? Ilu ludzi przeżyło atak? Będą wrogo nastawieni? Co, jeśli tak?
– Za dużo myślisz, Eric. – Tom zrównał się z przyjacielem i poklepał go po ramieniu. – Na razie powinniśmy skupić się na dotarciu do tej kupy gruzów. Później będziemy się martwić resztą.
– Głupi jesteś, Tom – burknęła jadąca za nim Lena. – Musimy mieć chociaż zarys jakiegokolwiek planu. Jeśli kogoś tam znajdziemy, może się okazać, że nas zaatakują. Nie wiadomo kto to jest. Prawda, Adrew? – Kobieta przetarła wierzchem dłoni szkła gogli i spojrzała na cichego, postawnego mężczyznę, spokojnie siedzącego na swoim wierzchowcu. Ten tylko wzruszył ramionami i odwrócił wzrok. – I ty przeciwko mnie?! – Zrezygnowana Lena spuściła głowę i zaczęła mamrotać coś pod nosem.
– Uspokójcie się. Jesteśmy na misji. Powinniśmy zachować czujność. – Klacz Erica cicho zarżała, jakby zgadzała się z siedzącym na jej grzbiecie człowiekiem. – Niedługo wjedziemy w las okalający zamek, więc będziemy musieli zwolnić. Macie się nie odłączać od grupy i pilnować swoich koni. Zwłaszcza ty, Adrew. Nie ma odwalania takich akcji jak ostatnio. Jeszcze chwila i uznaliby cię za poległego w boju!
Po tych słowach wszyscy umilkli, skupiając się na otoczeniu. Wspinali się na wyżyny swoich możliwości, zachowując ciszę. Zapewne rozmowa częściowo rozładowałaby napięcie, ale żołnierze nie chcieli się rozpraszać.
Ku ich zaskoczeniu, przy bramie prowadzącej na zasypany omszałymi kamieniami dziedziniec, kręcił się aktywny pięciometrowy tytan. Eric zatrzymał się, a jego przyjaciele zrobili to samo. Potwór zdawał się być bardzo zainteresowany ruinami, bo desperacko próbował wspiąć się na sypiący się mur, zupełnie ignorując wyłamane wrota. Żołnierze zeszli z koni i przywiązali je do pobliskich drzew, ukrywając je w ich cieniu.
– Miałaś rację, Lena. Teraz naprawdę potrzebujemy planu. Dobrego planu – wyszeptał spanikowany Tom. Nikt mu nie odpowiedział. Mężczyzna spojrzał zdziwiony na swoich towarzyszy, a po chwili jego wzrok spoczął na dowódcy. – Masz jakiś pomysł, Eric?
* * *
– Co robimy? – spytała Aki, starając się ignorować walenie w drewniane wrota, które niedawno zabarykadowali. – Jest nas tu całkiem sporo. Dla tego przyjemniaczka za drzwiami taka grupka jak my to całkiem niezły obiad. Nie pójdzie stąd, nie ma takiej opcji.
– Wiem – warknął Levi, po raz kolejny okrążając pomieszczenie. – A wy? Macie jakieś genialne pomysły? – zwrócił się do przerażonych Zwiadowców. – Trzęsące portkami tchórze. – Twarz Ackermana wykrzywiła się w grymasie pogardy. – Kurwa.
Walenie we wrota ustało, a zdziwieni ludzie spojrzeli w ich stronę. Levi i Aki chwycili za miecze, szykując się do ewentualnej obrony.
– Schowajcie się za skrzyniami. Gdy dam sygnał, zaatakujecie – Kapral spojrzał na podwładnych. – Nie zawalcie. Ty też nie – dodał, patrząc białowłosej w oczy.
– Nie mam takiego zamiaru. – Zza drzwi dochodziły przytłumione głosy. – Czwórka. Trzech mężczyzn i kobieta – stwierdziła Yuuri, mocniej zaciskając palce na rękojeściach mieczy.
* * *
Po lesie rozszedł się szum uwalniającego się sprężonego gazu i świst wystrzeliwanych haków. Adrew poszybował nad głową tytana i z gracją wylądował na jednej z nielicznych całych blank. Zeskoczył z muru, ustępując miejsca towarzyszom, którzy po kolei wykonali ten sam manewr. Tytan nie zauważył ich, zbyt zaabsorbowany gryzieniem jednego z luźniejszych kamieni.
– Wyglądał, jakby próbował go wyciągnąć. – Lena poczuła, jak po jej plecach przechodzi zimny dreszcz.
– Upiorne – podsumował Tom. Żołnierze ruszyli w stronę wywarzonych dębowych wrót, prowadzących do środka warowni. Na ich skrzydłach dostrzegli ślady zębów i wgniecenia.
– Co tu się stało? – mruknął do siebie Eric, ostrożnie wchodząc do środka. Przez niewielkie okna i dziury w suficie do wnętrza ruin wpadało księżycowe światło. Uwidaczniało spleśniałe arrasy, trzymające się na zardzewiałych łańcuchach zmatowiałe kandelabry i popękane ściany. „To miejsce kiedyś musiało być naprawdę piękne” – pomyślał blondyn, rozglądając się po zamku. Nagle usłyszał mlaskanie i pusty odgłos uderzeń, a do jego nosa dotarł odór krwi. Jego towarzysze też musieli to poczuć, bo ich twarze wykrzywiły się z obrzydzenia.
– Ostrożnie. Tam coś jest – szepnęła Lena, widząc wielki cień, rzucony na oświetlone przez jedyną zapaloną pochodnię ściany. Podeszli bliżej i ujrzeli iście makabryczną scenę. Niewielki tytan pakował sobie to ust kolejne kęsy niemal do czysta ogryzionych ludzkich nóg, waląc głową w nieco już połamane drzwi. Porzucony tułów trupa leżał na zakrwawionej posadzce, rażąc bielą widocznych żeber. Wciąż cała twarz człowieka była wykrzywiona w grymasie przerażenia, bólu i rozpaczy, a puste oczy wpatrywały się w posilającego się potwora. Wydawało się, że można w nich dostrzec coś na kształt nienawiści i wyrzutu.
Gdy zastygli z przerażenia żołnierze próbowali dojść do siebie, tytan wydał z siebie niski pomruk i zaczął węszyć. Spojrzał na zbitych w grupkę przyjaciół i uśmiechnął się upiornie. Upuścił nogi nieszczęsnego nieboszczyka i zbliżył się do wojaków, nie wstając z kolan. Gdy był na tyle blisko, że mógłby odgryźć im głowy, Tom dobył broni i odciął potworowi kark. Tytan upadł i zaczął parować, a oszołomiony Tom uspokajał oddech, podobnie jak jego towarzysze.
– Było blisko – stwierdził, chowając broń i wyciągając z kieszeni piersiówkę. Upił spory łyk, otarł usta i schował ją z powrotem. – Wchodzimy? – Tom wskazał drzwi głową. Eric zgodził się, mijając zmasakrowane zwłoki żołnierza. Powoli otworzył wrota, gdy nagle…
– Teraz! – Dwie sylwetki rzuciły się na nich, a za nimi podążyły kolejne, szybko ich obezwładniając. Eric poczuł chłodny metal przy szyi. Zamarł. – Kim jesteście?
– O to samo mogłabym spytać ciebie! – wrzasnęła Lena, szarpiąc się.
– Kapitan Levi? – spytał cicho Adrew. Oczy wszystkich zwróciły się w stronę niskiego, czarnowłosego mężczyzny, który z beznamiętnym wyrazem twarzy trzymał miecz przy gardle Erica.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz