piątek, 16 grudnia 2016

Rozdzial 11

"Cień ostrza"



Ruiny zamku wznosiły się nad lasem. Zmęczeni Zwiadowcy odpoczywali, zastanawiając się, co dalej. Sytuacja nie przedstawiała się kolorowo – tytani grasowali wewnątrz muru, gaz się kończył, a plany musiały ulec zmianie. Początkowo mieli się dostać do jednego z większych miast w obrębie Rose, ale teraz ich celem była Sina.
Żołnierze zdecydowali, że spróbują poszukać jakiś zapasów, jedzenia i wody, by później wyruszyć w dalszą drogę. Jeśli chcieli przeżyć, musieli się wykazać.
Tymczasem, kiedy nasi bohaterowie martwili się podróżą, kilka kilometrów dalej znajdował się pluton roznoszący wieści o przybyciu tytanów. Zmierzał w kierunku ruin zamku, za którym były niewielkie wioski. Duże miasta już się ewakuowały, ale niektóre małe wsie nie zostały jeszcze powiadomione o katastrofie. Pomimo nikłej nadziei na ocalenie cywilów, wojacy postanowili spróbować się do nich przebić.
Niedługo później dotarli do miejsca, w którym życie straciło dwóch żołnierzy z oddziału Aki i Levi’a. Krwawe strzępki mundurów i odgryzione kończyny leżały na trawie, tworząc smutną pamiątkę po nieszczęsnych mężczyznach. Spanikowani członkowie Garnizonu zaczęli między sobą szeptać, a ich dowódca zeskoczył z konia i powoli podszedł bliżej szczątek. Ze zdziwieniem zauważył, że na największym ocalałym fragmencie peleryny widniał fragment ubrudzonych Skrzydeł Wolności. „Zwiadowcy? Tutaj?” pomyślał, marszcząc brwi. Jego wzrok przeniósł się na majaczący w oddali zamek.
– Może jest ich więcej… - wymamrotał blondyn, drapiąc się po nieogolonym podbródku. – Lisa! – zwrócił się do czekającej na rozkazy podwładnej. – Tom, Lena, Adrew i ja pojedziemy na północ, w stronę tych ruin. Wychowałaś się w tej okolicy, prawda? Więc poprowadź resztę dalej!
– Tak jest, sir! – Kobieta skinęła głową i ruszyła, ustalając kierunek dalszej podróży.
– Po co się rozdzielamy, Eric? – Tom podjechał do dowódcy, podając mu wodzę należącej do niego klaczy. – Teraz to szczególnie niebezpieczne, wiesz o tym.
– Któryś z towarzyszy tych tu mógł się ostać. Najbliższym schronieniem w okolicy jest ten zamek. – To mówiąc Eric wskazał na rozpadającą się wieżę. – Gdybym był na miejscu takiego pechowca, to ukryłbym się właśnie tam. Przynajmniej odsunąłbym w czasie moment bycia zżeranym żywcem przez te cholerstwa. – Blondyn wskoczył na konia i usadowił się w siodle. – Dlatego wolałbym przynajmniej sprawdzić, czy ktoś tam nie siedzi. Przecież to nasze zadanie, prawda?
* * *
– Myślisz, że im się uda? – świece rzucały ciepłą poświatę na twarze zmartwionych Erwina i Hanji. – Wiem, że dopiero wyruszyli, ale jeśli dalej będziemy zużywać zapasy w takim tempie, to skończą się za kilka dni. Co wtedy zrobimy?
– Nie wiem, Zoe… - pod oczami Smitha widniały fioletowe wory. Od napadu tytanów na obóz Zwiadowców blondyn nie spał zbyt wiele. Stres związany z wypędzeniem Korpusu poza mury, ciągłe poczucie zagrożenia, kurczące się zapasy, brak snu… To wszystko sprawiało, że Erwin marniał coraz bardziej. Powoli, ale jednak. – Zostało nam tylko czekać i ograniczać racje żywnościowe. Módlmy się, żeby wrócili z nowymi zapasami, bo inaczej skończymy jako karma dla tytanów.
Rozmowę przerwało im pukanie do drzwi. Dowódcy wymienili porozumiewawcze spojrzenia, a Erwin udzielił pozwolenia na wejście do pokoju. Zawiasy skrzypnęły cicho, a przed Zwiadowcami stanęła Christa. Dziewczyna weszła do pomieszczenia i zakluczyła drzwi.
– Mówiłaś, że wiesz coś, co może nam pomóc – zaczęła Hanji. Blondynka w odpowiedzi skinęła głową. – Co to takiego?
* * *
– Kapitanie! – krzyk spanikowanego żołnierza rozniósł się echem po ruinach czegoś, co kiedyś było salą balową. Chwilę później Zwiadowcy usłyszeli chrupnięcie i plusk, a krzyk ucichł. Wszyscy zerwali się ze swoich miejsc i dobyli mieczy. Aki i Levi powoli ruszyli przodem, gotowi do odparcia ataku wroga.
Pchnęli spróchniałe, rzeźbione wrota, wyglądając zza nich na korytarz. Ujrzeli na wpół odgryziony tułów kolejnego poległego członka ich oddziału, którego nogi powoli konsumował trzymetrowy tytan, szczerząc się przy tym upiornie. Przerażeni ludzie cofnęli się, nie chcąc skończyć tak samo jak ich kolega, który jeszcze nie tak dawno stał na warcie.
Aki przyłożyła palec do ust, gestem nakazując żołnierzom ciszę. Wycofała się, a gdy reszta też to zrobiła, Zwiadowcy zamknęli wejście na salę.
– Nie pokonamy go w tak ciasnym korytarzu. Nie bez poświęcenia kogoś. Nie możemy marnować gazu, a jeśli stąd wyjdziemy, część z nas skończy tak jak tamten. – Zrezygnowana białowłosa oparła się o ścianę, wzdychając cicho. – Moglibyśmy znaleźć inne wyjście, ale w tym pomieszczeniu nie ma okien, a żadne z nas nie wie, dokąd prowadzą którekolwiek ze znajdujących się tu drzwi.
– Nawet nie myśl o rozdzielaniu się, szczeniaku. Straciliśmy trzech ludzi, a jeśli mamy dostarczyć naszym zapasy, to nie możemy sobie pozwolić na większe straty – warknął Levi.
– Kapitanie… My mamy jakiekolwiek szanse na szczęśliwy powrót? – ciche pytanie siedzącego w koncie bruneta dotarło do uszu Ackermana. – Nie przewidzieliśmy takiej sytuacji – ani tytanów za murem, ani tego, że gaz tak szybko się nam wyczerpie. Przyznajmy to. Prawdopodobnie wszyscy tu zginiemy. Prędzej, czy później.
– Nie pierdol głupot! – Levi ukucnął przy załamanym towarzyszu i mocno złapał go za ramiona, potrząsając nim. – Ile wypraw przeżyłeś?
– Trzy – wyszeptał żołnierz.
– Trzy razy przeszedłeś przez gorsze piekło i wciąż żyjesz! Więc dlaczego sądzisz, że tym razem się nie uda!? – czarnowłosy puścił bruneta i odsunął się od niego. – Wyjdziemy z tego. Wszyscy. Obiecuję wam to.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz