"Cień ostrza"
Ruiny
zamku wznosiły się nad lasem. Zmęczeni Zwiadowcy odpoczywali, zastanawiając
się, co dalej. Sytuacja nie przedstawiała się kolorowo – tytani grasowali
wewnątrz muru, gaz się kończył, a plany musiały ulec zmianie. Początkowo mieli
się dostać do jednego z większych miast w obrębie Rose, ale teraz ich
celem była Sina.
Żołnierze
zdecydowali, że spróbują poszukać jakiś zapasów, jedzenia i wody, by później
wyruszyć w dalszą drogę. Jeśli chcieli przeżyć, musieli się wykazać.
Tymczasem,
kiedy nasi bohaterowie martwili się podróżą, kilka kilometrów dalej znajdował
się pluton roznoszący wieści o przybyciu tytanów. Zmierzał w kierunku ruin
zamku, za którym były niewielkie wioski. Duże miasta już się ewakuowały, ale
niektóre małe wsie nie zostały jeszcze powiadomione o katastrofie. Pomimo
nikłej nadziei na ocalenie cywilów, wojacy postanowili spróbować się do nich przebić.
Niedługo
później dotarli do miejsca, w którym życie straciło dwóch żołnierzy z oddziału
Aki i Levi’a. Krwawe strzępki mundurów i odgryzione kończyny leżały na trawie,
tworząc smutną pamiątkę po nieszczęsnych mężczyznach. Spanikowani
członkowie Garnizonu zaczęli między sobą szeptać, a ich dowódca zeskoczył
z konia i powoli podszedł bliżej szczątek. Ze zdziwieniem zauważył,
że na największym ocalałym fragmencie peleryny widniał fragment ubrudzonych
Skrzydeł Wolności. „Zwiadowcy? Tutaj?” pomyślał, marszcząc brwi. Jego wzrok
przeniósł się na majaczący w oddali zamek.
– Może
jest ich więcej… - wymamrotał blondyn, drapiąc się po nieogolonym podbródku. – Lisa!
– zwrócił się do czekającej na rozkazy podwładnej. – Tom, Lena, Adrew i ja
pojedziemy na północ, w stronę tych ruin. Wychowałaś się w tej okolicy,
prawda? Więc poprowadź resztę dalej!
– Tak
jest, sir! – Kobieta skinęła głową i ruszyła, ustalając kierunek dalszej
podróży.
– Po co
się rozdzielamy, Eric? – Tom podjechał do dowódcy, podając mu wodzę należącej
do niego klaczy. – Teraz to szczególnie niebezpieczne, wiesz o tym.
– Któryś
z towarzyszy tych tu mógł się ostać. Najbliższym schronieniem w okolicy jest
ten zamek. – To mówiąc Eric wskazał na rozpadającą się wieżę. – Gdybym był na
miejscu takiego pechowca, to ukryłbym się właśnie tam. Przynajmniej odsunąłbym
w czasie moment bycia zżeranym żywcem przez te cholerstwa. – Blondyn wskoczył
na konia i usadowił się w siodle. – Dlatego wolałbym przynajmniej sprawdzić,
czy ktoś tam nie siedzi. Przecież to nasze zadanie, prawda?
* * *
–
Myślisz, że im się uda? – świece rzucały ciepłą poświatę na twarze zmartwionych
Erwina i Hanji. – Wiem, że dopiero wyruszyli, ale jeśli dalej będziemy zużywać
zapasy w takim tempie, to skończą się za kilka dni. Co wtedy zrobimy?
– Nie
wiem, Zoe… - pod oczami Smitha widniały fioletowe wory. Od napadu tytanów na
obóz Zwiadowców blondyn nie spał zbyt wiele. Stres związany z wypędzeniem Korpusu
poza mury, ciągłe poczucie zagrożenia, kurczące się zapasy, brak snu… To
wszystko sprawiało, że Erwin marniał coraz bardziej. Powoli, ale jednak. –
Zostało nam tylko czekać i ograniczać racje żywnościowe. Módlmy się, żeby
wrócili z nowymi zapasami, bo inaczej skończymy jako karma dla tytanów.
Rozmowę
przerwało im pukanie do drzwi. Dowódcy wymienili porozumiewawcze spojrzenia,
a Erwin udzielił pozwolenia na wejście do pokoju. Zawiasy skrzypnęły
cicho, a przed Zwiadowcami stanęła Christa. Dziewczyna weszła do pomieszczenia
i zakluczyła drzwi.
–
Mówiłaś, że wiesz coś, co może nam pomóc – zaczęła Hanji. Blondynka w
odpowiedzi skinęła głową. – Co to takiego?
* * *
–
Kapitanie! – krzyk spanikowanego żołnierza rozniósł się echem po ruinach
czegoś, co kiedyś było salą balową. Chwilę później Zwiadowcy usłyszeli
chrupnięcie i plusk, a krzyk ucichł. Wszyscy zerwali się ze swoich miejsc i dobyli
mieczy. Aki i Levi powoli ruszyli przodem, gotowi do odparcia ataku wroga.
Pchnęli
spróchniałe, rzeźbione wrota, wyglądając zza nich na korytarz. Ujrzeli na wpół
odgryziony tułów kolejnego poległego członka ich oddziału, którego nogi powoli
konsumował trzymetrowy tytan, szczerząc się przy tym upiornie. Przerażeni
ludzie cofnęli się, nie chcąc skończyć tak samo jak ich kolega, który
jeszcze nie tak dawno stał na warcie.
Aki
przyłożyła palec do ust, gestem nakazując żołnierzom ciszę. Wycofała się, a gdy
reszta też to zrobiła, Zwiadowcy zamknęli wejście na salę.
– Nie
pokonamy go w tak ciasnym korytarzu. Nie bez poświęcenia kogoś. Nie możemy
marnować gazu, a jeśli stąd wyjdziemy, część z nas skończy tak jak tamten. –
Zrezygnowana białowłosa oparła się o ścianę, wzdychając cicho. – Moglibyśmy
znaleźć inne wyjście, ale w tym pomieszczeniu nie ma okien, a żadne z nas nie
wie, dokąd prowadzą którekolwiek ze
znajdujących się tu drzwi.
– Nawet
nie myśl o rozdzielaniu się, szczeniaku. Straciliśmy trzech ludzi, a jeśli mamy
dostarczyć naszym zapasy, to nie możemy sobie pozwolić na większe straty –
warknął Levi.
–
Kapitanie… My mamy jakiekolwiek szanse na szczęśliwy powrót? – ciche pytanie
siedzącego w koncie bruneta dotarło do uszu Ackermana. – Nie przewidzieliśmy
takiej sytuacji – ani tytanów za murem, ani tego, że gaz tak szybko się
nam wyczerpie. Przyznajmy to. Prawdopodobnie wszyscy tu zginiemy. Prędzej,
czy później.
– Nie
pierdol głupot! – Levi ukucnął przy załamanym towarzyszu i mocno złapał go za
ramiona, potrząsając nim. – Ile wypraw przeżyłeś?
– Trzy –
wyszeptał żołnierz.
– Trzy
razy przeszedłeś przez gorsze piekło i wciąż żyjesz! Więc dlaczego sądzisz, że
tym razem się nie uda!? – czarnowłosy puścił bruneta i odsunął się od
niego. – Wyjdziemy z tego. Wszyscy.
Obiecuję wam to.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz