[EDIT: 15.02.2017]
Następnego dnia spotkałem Arikawę w trakcie zajęć, gdy szedłem na kolejny wykład. Pech chciał, że ten konkretny mieliśmy razem, w tych samych godzinach. Chłopak nadchodził z naprzeciwka, gromiąc mnie spojrzeniem. Spokojnie do niego podszedłem i już miałem się przywitać, gdy ten chwycił mnie za ramię i zaciągnął do męskiej toalety. Zanim zdążyłem w jakikolwiek sposób zareagować, wepchnął mnie do kabiny i zatrzasnął za nami drzwi. Pocałował mnie, odcinając mi dopływ tlenu. W obronnym odruchu zacząłem szarpać jego koszulkę, bo po paru chwilach oddychanie przez nos przestało zaspokajać moje zapotrzebowanie na powietrze.– Co ty wyprawiasz? – syknąłem, gdy Arikawa się ode mnie oderwał.
– Znaczę, co moje – odwarknął chłopak, rozciągając kołnierzyk mojej koszulki i przysysając się do mojego obojczyka.
– Przestań! Co ci odbiło? – Zacząłem się szarpać, odpychając go na w miarę bezpieczną odległość. Na szczęście po tym wszystkim uspokoił się trochę, spuszczając głowę.
– Widziałem cię wczoraj.
– Hę? – Zamrugałem zdziwiony. – Z kim? O czym ty mówisz?
– Nie zgrywaj idioty! Z tą blondynką! Widziałem, jak się gapiłeś na jej numer po naszej randce. – Olśniło mnie. Musiał mnie widzieć z Anną!
– Może i się gapiłem! I co z tego? – odparłem, patrząc na niego wilkiem. – Mam prawo robić, co mi się żywnie podoba.
– Boję się, że ona mi cię odbierze… - wymamrotał Arikawa, próbując mnie objąć. Zanim to zrobił, odsunąłem się na tyle, na ile pozwalała mi niewielka dostępna przestrzeń.
– Okej, wyjaśnijmy coś sobie. Po pierwsze – nie jestem i nigdy nie byłem twój. Po drugie – fakt, Anna mi się podoba, a wiesz dlaczego? Bo jestem normalnym, heteroseksualnym facetem! I nie wiem czy zdajesz sobie z tego sprawę, ale nie podoba mi się sytuacja, w jakiej obecnie się znajduję! Nie prosiłem się o związek z przyjacielem! Więc daj mi łaskawie spokój! – krzyknąłem, przepychając się obok chłopaka i wyszedłem z kabiny.
– Wszystko okej? – Napotkałem wzrok czarnowłosego chłopaka, który wpatrywał się we mnie niepewnie. Spłonąłem rumieńcem, uświadamiając sobie, że prawdopodobnie słyszał naszą rozmowę. Spuściłem wzrok, wymamrotałem ciche „tak” i czym prędzej wybyłem z toalety, ponownie kierując swoje kroki na wykład z historii.
~*~ ~*~ ~*~
Wpatrywałem się w leżącą przede mną
kartkę, pokrywając ją krzywymi rysunkami. Przestałem słuchać średnio ciekawego
monologu profesora po kilkunastu minutach. Wiedziałem, że później odbije się to
na moich ocenach, ale mój nastrój nie należał do najlepszych – po kłótni z
Arikawą miałem nie miałem ochoty na nic. Teraz moim celem było a) przetrwać ten
wykład i b) spotkać się z pewną uroczą blondynką, która w tamtej chwili
wydawała mi się lekiem na wszelkie rany.– Panie Iyana, czy zechciałby pan powtórzyć to, co przed chwilą powiedziałem? Z tego co widzę, co poniektórzy nie dosłyszeli, ale jestem pewien, że kto jak kto, ale pan na pewno pamięta treść mojej wypowiedzi. – Moja dłoń zamarła w pół ruchu. Przełknąłem nerwowo ślinę, czując na sobie spojrzenia całej grupy.
– Więc, ja… Nie wiem – powiedziałem zrezygnowany.
– Następnym razem proszę słuchać trochę uważniej, panie Iyana. – Profesor odwrócił się w stronę biurka, przełączając slajd w prezentacji i kontynuując przerwaną wypowiedź. Tym razem starałem się słuchać, nie chcąc ponownie wpaść w ten sam sposób – przynajmniej nie na jednym wykładzie.
Niecierpliwie spoglądałem na zegarek, którego wskazówki niemiłosiernie się wlekły. Przez wykład robiłem mnóstwo rzeczy, od czytania co ciekawszych tematów z podręcznika, przez rysowanie, aż do rwania kartek z zeszytu i robienia z nich niewielkich kuleczek.
– Przeczytajcie w domu rozdziały od czternastego do dziewiętnastego. To wszystko na dziś. Do widzenia. – Słowa te zadziałały na mnie jak zastrzyk energii. Pośpiesznie zapakowałem wszystko, co leżało na biurku przede mną i wypadłem z sali jak z procy, wszystko po to, by nie musieć jeszcze raz skonfrontować się z Arikawą.
~*~ ~*~ ~*~
Pustym wzrokiem wpatrywałem się w
podręcznik od historii, wodząc wzrokiem po kartce. Co jakiś czas mój telefon
zaczynał wibrować – dzwonił Arikawa. Wmawiałem sobie wtedy, że muszę się skupić
na czytanym tekście i odrzucałem połączenie. Chłopak powoli zaczynał mnie
irytować. Do tego Anna nie dawała znaku życia, co trochę mnie zmartwiło. „Nie
lubi mnie? Zrobiłem coś nie tak? A może coś jej się stało?” Odpłynąłem myślami od
dawnych dziejów, skubiąc brzeg okładki książki. Moja komórka znów zawibrowała, a ja ze zdenerwowaniem spojrzałem na jej ekran. Znowu Arikawa. Tym razem postanowiłem odebrać.
– Czego? – spytałem.
– Kasuki, posłuchaj. Przepraszam za dziś. Wiem, że być może nie jestem twoim wymarzonym partnerem, ale naprawdę cię kocham. Chciałbym ci to jakoś wynagrodzić. Może poszlibyśmy razem do--
– Nie – przerwałem mu. – Posłuchaj, jestem teraz zajęty, więc jeśli to wszystko, co chciałeś mi powiedzieć, to żegnam.
– Kasuki, poczekaj! Ja-- – Rozłączyłem się i wrzuciłem telefon do szuflady, zatrzaskując ją. Po tej rozmowie czułem się jeszcze gorzej, niż wcześniej. W głębi duszy wiedziałem, że to ja powinienem przeprosić Arikawę – to co mu powiedziałem w toalecie musiało go naprawdę zranić. Mimo to, nie umiałem tego wykrztusić – w końcu zwyczajnie uświadomiłem mu kilka rzeczy. Może nie w najdelikatniejszy możliwy sposób, ale jednak.
~*~ ~*~ ~*~
Obudziłem się, jęcząc cicho i
masując zesztywniały kark. Poprzedniego wieczoru zasnąłem nad projektem, więc
teraz byłem cały obolały. „Zapamiętać – łóżko jest wygodniejsze niż krzesło.”
Uniosłem głowę i obrzuciłem zegarek półprzytomnym spojrzeniem. Z tego co
pokazywał, to dochodziła jedenasta trzydzieści…– Jedenasta trzydzieści?! – Zerwałem się z miejsca, łapiąc za stojącą obok biurka torbę i wciskając do niej leżące na blacie książki. Zajęcia zaczynały się o jedenastej pięćdziesiąt, a autobus, którym dojeżdżałem na miejsce, był na przystanku o jedenastej trzydzieści cztery. Teoretycznie, gdybym pobiegł, to bym zdążył. Teoretycznie. – Gdzie są te cholerne klucze?! – warknąłem, grzebiąc w szufladzie. Jedenasta trzydzieści dwa. – Kurwa! – przekląłem, zatrzaskując ją. Zacząłem gorączkowo zaglądać pod papiery, walające się po moim biurku. W pewnym momencie wymacałem kilka kawałków metalu. – Mam!
Wypadłem z mieszkania, uprzednio w miarę szybko je zamykając. Biegłem w stronę przystanku, zerkając na zegarek. Jedenasta trzydzieści cztery. „Spokojnie, może ten cholerny autobus się spóźni.”
Widziałem już czerwony daszek przystanku, przy którym zatrzymał się mój środek transportu. Właśnie, kiedy docierałem do mojego celu, kierowca zamknął drzwi i ruszył. Na nic zdały się moje prośby, by zaczekał.
– Psia krew! – wydyszałem, opierając się o rosnące nieopodal drzewo. – I co ja teraz zrobię?
– Z czym? – Zdziwiony uniosłem głowę, napotykając wzrok Anny. – Może ci pomogę?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz